Menu

Pewnego razu w Chinach

Mówią, że po trzech tygodniach w Chinach piszesz książkę, po trzech miesiącach artykuł, a po trzech latach pochylasz głowę z pokora wobec własnej niewiedzy i uczysz się dalej. Gdzie na tej skali mieści się blog?

No, chyba że w Gansu

jeanpaget

Wracam myślą do moich chińskich podróży i myślę sobie, że relacje o nich nie będą pełne bez Gansu. Gansu i Qinghai konkretnie. Takich miejsc, o których mówi się, że jak już widziałaś w Chinach wszystko, to możesz jechać do Gansu. Albo, że już musisz długo być w Chinach, skoro jedziesz do Gansu. Itd., itp. Pojechałam do Gansu, kiedy wedle pierwotnego założenia już mnie miało w Chinach nie być, więc wszystko się zgadza. Plan, najpierw nieprawdopodobny, zaczął nagle nabierać kształtów, potem rozmowy, poszukiwania, w końcu zakup biletu i fru. Czasu było mało, raptem tydzień, żeby zobaczyć kilka miejsc, zakosztować znowu zupełnie innych Chin. Gansu i Qinghai, graniczące z Xinjiangiem, Tybetem, Mongolią Wewnętrzną (i nawet krótkim odcinkiem z Mongolią właściwą) są pełne pięknych i symbolicznych miejsc, to żywe dowody na różnorodność etniczną, językową, kulturową i religijną Chin. Jednocześnie dobre miejsca do obserwowania modernizacyjnych eksperymentów, ze względu na ogromne zapotrzebowanie na infrastrukturę, oferty pracy, chcące skorzystać z dobrodziejstw chińskiego postępu.

jak

Prowincja o najdziwniejszym kształcie, spora, ale daleka, biedna, pustynna i górzysta, pojawiająca się jako negatyw bogatego, otwartego, kosmopolitycznego wybrzeża. Symboliczna, na miarę Pcimia czy Berdyczowa. "No, może w Gansu". "W nieistniejącej prowincji Gansu". "Chyba z Gansu przyjechał". Ale też w ostatnim czasie coraz mocniej promowana, bo na jej terenie są jaskinie Dunhuang z naskalnymi malowidłami, i tęczowe góry Danxia, i początek - lub koniec, zależy z której strony patrzeć - chińskiego Wielkiego Muru. Więc jednak kolebka cywilizacji, dobrze wpisująca się w narrację o 5 tysiącach lat historii.

 mapa2

Na początek Lanzhou, bo trzeba było zacząć gdzieś, dokąd dolatują samoloty. Miasto rozsławione makaronami lamian, które można dostać na każdej ulicy każdego chińskiego miasta. Nie dostało szansy zaprezentowania niczego więcej, a o tym, jak dostać się do Labrang (z którego dworca i o której) musiała nam powiedzieć holenderska właścicielka hotelu stamtąd, bo miejscowi nie wiedzieli, nie umieli, nie chcieli. A Labrang (chińskie Xiahe) był pierwszym przystankiem w tej podróży, na pogórzu qinghaisko-tybetańskim, na wysokości około 3000 m n.p.m.

mynkiMiasteczko jest w trakcie modernizacji, na głównej ulicy właśnie kładziono asfalt, ale aby w ogóle mieć przyjemność z dotarcia tam, trzeba zamieszkać blisko bram klasztoru, w zasadzie całego klasztornego kompleksu. Labrang jest dość popularny turystycznie, jednak w porównaniu np. z klasztorem Kunbun pod Xining, stolicą Qinghai, jest znacznie bardziej autentyczny, przyciągający prawdziwych pielgrzymów, pełen tybetańskości, ludzie mówią tam w języku, pielęgnują zwyczaje, czują się przede wszystkim Tybetańczykami. To najważniejsze centrum buddyzmu tybetańskiego poza Tybetem. Ku naszemu zaskoczeniu nawet mnisi z klasztoru, oprowadzający grupy turystów, wspominają o Dalai Lamie jako o duchowym przywódcy, przy czym jego portretów oczywiście tam nie ma, są tylko lamowie uznani i wskazani przez Pekin. Ale już w jurcie, którą odwiedziliśmy, 60 km dalej i 500 m wyżej, domowy ołtarzyk zwieńczony jest portretem Dalai Lamy i nikogo innego. W hotelu w Labrang pracownicy, miejscowi chłopcy, mają na szyjach zawieszone medaliki z jego podobizną. Do Labrang ciągną pielgrzymki z miejsc oddalonych o wiele dni marszu.

 pielgrzymka

Miejsce jest, mimo rosnącego ruchu turystycznego, spokojne i prawdziwe, choć działa w istocie jedynie w porze letniej, od kwietnia-maja do października, potem jest niemal odcięte od świata. Z Lanzhou łączy je już bardzo dobra droga szybkiego ruchu, obok klasztoru wybudowano gigantyczny parking, etniczna i kulturowa odmienność miejscowych przyciąga chińskich (hańskich) turystów, ale miejsce jeszcze się broni. Nawet propaganda na murach klasztoru jest mniej łopatologiczna niż gdzie indziej, i odwołuje się głównie do harmonii i pokoju. W mieście jest sporo hoteli, kilka dużych, państwowych, sporo mniejszych, klimatycznych i organizujących dodatkowe atrakcje, jak choćby wyjazd w góry, aby pospacerować po rozległych łąkach, odwiedzić jurtę, popatrzeć za horyzont. Stoi się na polu na wysokości 3500 m n.p.m., a w promieniu setek kilometrów nie ma nic, tylko połoniny i góry w oddali, konie się pasą.

 pooniny

mnich_w_Labrang

 rzezba_maslana

Z wschodniej do zachodniej części Gansu najlepiej dostać się przez Qinghai. Wierzcie lub nie, przed wyjazdem nie wiedziałam, jak nazywa się stolica prowincji. Ona jest po prostu jeszcze mniej znana i rzadziej wspominana niż Gansu. A tu się okazało, że Xining to nie tylko miasto wielkości Warszawy, ale też ciekawe miejsce ze świetnym jedzeniem, rewelacyjnym muzeum tybetańskim, sympatyczniejsze od Lanzhou. Jeśli prowincja jest z czegoś słynna, to ze słonych jezior, które, nieuchronnie, zaczynają przyciągać turystów z całych Chin. Na parkingach wzdłuż jeziora można spotkać samochody z najodleglejszych zakątków kraju, nie wyłączając oddalonego o 2000 km Kantonu, Dalian czy Hangzhou.

 jezioro

Akurat kwitł rzepak, było ciepło (jak na wysokość 3200 m n.p.m.), i ogólnie dość zjawiskowo. Pola pomiędzy drogą a jeziorem są w większości prywatne i właściciele pobierają opłaty za przejście, niektórzy rozkręcili biznes z końmi do krótkiej przejażdżki, z zaaranżowaną scenerią do zdjęć, w tym jakami do wypożyczenia (na pierwszym zdjęciu). Z drugiej strony drogi stoją pasieki, a miejscowi sprzedają miód, który jest rzeczywiście znakomity. Są jakieś opcje noclegowe, ale jeśli nie chce się objeżdżać jeziora to wystarczy jednodniowy wypad z Xining.

W samym mieście, jako się rzekło, jest m.in. muzeum tybetańskie (część eksponatów opisana wyłącznie w tym języku), przestronne, nowoczesne, z dość ciekawymi zbiorami oraz z najdłuższą na świecie tangką, tradycyjnym buddyjskim malowidłem. Tutejsze ma ponad 600 m i składa się z tysięcy rysunków od scen z tradycji buddyjskiej, przez dekoracje symboliczne, w klimacie niemal perskim, po tablice roślin, zwierząt i chorób wraz z metodami ich leczenia zgodnie z zasadami medycyny tradycyjnej. Rzecz jest świeża, sprzed kliku lat, ale robi duże wrażenie. Oprócz tego, z racji sporej wspólnoty muzułmańskiej, w mieście i okolicy jest ogromna liczba meczetów, część w estetyce chińskiej, wiele nowych jednak przypominających te z Bliskiego Wschodu, z kopułami i czterema minaretami, które to podobno są przez władze rugowane i nie dopuszczane do budowy. Może w Xinjiangu, na pewno nie w Qinghai. Hagia Sophia na każdym osiedlu.

chleby

tangka

Plan był taki, że po Xiningu już tylko Zhangye, a konkretnie Danxia, tęczowe góry, jeden z cudów przyrody, a potem wracamy do Lanzhou. Jednak siedząc na dworcu w Xining zobaczyłyśmy nazwę dalszej niż nasza stacji naszego pociągu, sprawdziłyśmy, że to miejsce, gdzie zaczyna się Wielki Mur, i tak plany uległy korekcie. Konkretnie uległy one korekcie, kiedy okazało się, że w Zhangye boleśnie nic nie ma i dwa dni tam, to strata czasu, Zatem dworzec, akcja z dokupywaniem biletów na kolejny odcinek podróży i powrotnych do tych, które już miałyśmy, co nie było proste, bo nie można mieć dwóch biletów na ten sam pociąg na ten sam dokument. Ale tu przechytrzyłyśmy system, bo miałyśmy drugi dokument i bilety udało się kupić. I dobrze, bo to była przygoda, nic to, że po raz pierwszy i jedyny podczas pobytu w Chinach zostałam wylegitymowana przez policję. Prewencyjnie, bo cudzoziemiec, z dziwnymi dokumentami, w pociągu jadącym docelowo do Xinjiangu, to okazja nie do przepuszczenia. Poza tym zaprzyjaźniłyśmy się z towarzyszami podróży, szczególnie z pewnym rezolutnym czteroipółlatkiem, co skończyło się wspólną kolacją z jego rodzicami, rzadką możliwością interakcji z przeciętnymi Chińczykami, i radosnym zdumieniem, kiedy nasza sąsiadka tłumaczyła dziecku "widzisz, panie są z Polski, z kraju Chopina".

Zatem Zhangye niekoniecznie, tylko jako punkt startu do Danxia, które wygląda jak z photoshopa, ale naprawdę takie jest. Zwiedza się te góry wyłącznie w sposób zorganizowany, busikiem, bo odległości są spore, a chodzi też o to, żeby turysta nie szedł w szkodę (a chiński turysta potrafi). Każdy "scenic spot" jest oznakowany, busik staje, można pochodzić, porobić zdjęcia i wsiąść do kolejnego, o ile się najpierw nie oszaleje z powodu towarzyszącej muzyki płynącej z głośników. Jest to jakiś fragment monumentalnego dzieła prawdopodobnie z któregoś z filmów Zhang Yimou z nutą dzikiego zachodu, w pierwszym momencie pasujący i nawet ładny, po dziesiątym powtórzeniu tego samego trzyminutowego wycinka nie do zniesienia. Jakby w Morskim Oku puszczano na cały regulator partię chóralną z Podwójnego życia Weroniki albo pierwsze kilka taktów poloneza z Pana Tadeusza. Macie to? No właśnie. Ale Tęczowe Góry są oszałamiające.

 gry_tczowe_2

 gry_tczowe_1

A potem dotarłyśmy do Jiayuguan, czyli początku Muru. Obiekty rozrzucone się na pustyni, jest twierdza, punkty widokowe i cały turystyczny biznes, jaki można sobie wyobrazić. Wokół tego budowana jest patriotyczna narracja, wplatany jest Jedwabny Szlak, hańskie czy wielkochińskie dziedzictwo, historia w służbie polityki, pradawne ziemie, jedność w różnorodności itp. Zrobione jest to wszystko zmyślnie, z wykorzystaniem technologii, na wejściu przy zakupie biletu odbija się odcisk palca i nawet nie jest wymagany paszport, a potem można wchodzić do każdego obiektu odrębnie. Gorzej jest z dotarciem na miejsce, bo jednak dominują wycieczki zorganizowane, ale nie takie problemy pokonywaliśmy, chociaż Didi (chiński Uber) tam nie działał.

 koniec_muru

Na tablicy powyżej jest napisane, że tu się zaczyna chiński mur, co chyba nie do końca jest prawdą, to jest najbardziej na zachód wysunięty odcinek, ale jak wiadomo, mur był budowany w różnych okresach, w sposób nieskoordynowany i nie jako jedna budowla, ale symbol jest, i o to chodzi.

A potem już był powrót do Lanzhou, spóźniony jeden pociąg, odwołany drugi i szalona jazda z przypadkowym kierowcą, jedynym pod dworcem, który zgodził się nas zawieźć na lotnisko, choć w zasadzie było pewne, że trzeba będzie nocować w Lanzhou. Ale nie, dojechał na czas i tak wycieczka dobiegła końca, chociaż szkoda wielka, bo pięknie było. I były po drodze klasztory w skałach, i znakomite wino z winnicy w Ningxia, i wędzone tofu, jakiego nigdy wcześniej, i nigdy później nie jadłam, i muzułmańska dzielnica z południową modlitwą pod patriotycznymi hasłami, i zimny makaron z sezamowym sosem, i zapierające dech widoki, i powietrze czyste i przejrzyste... i piękne zwieńczenie czterech lat w Chinach.

klasztor_matisi

makaron

kunbun

soitel

Trzy miesiące później wróciłam, z przekonaniem, że bez odwiedzenia Gansu, Xi'an czy Yunnanu mój pobyt byłby niepełny, mniej ciekawy, a przede wszystkim nie dowiedziałabym się i nie nauczyła wiele, gdybym patrzyła tylko przez pryzmat bogatego i rozwiniętego południa Chin, okraszonego egzotyką tropikalnego Hainanu czy bajkowego Guangxi.

Pewnego razu w Chinach byłam szczęśliwa.

A do tego jeszcze blox.pl się zamyka, przeniosę ten blog gdzie indziej i dam znać, jeśli znów będzie powód, aby pisać. Dziękuję za czytanie, komentarze, mobilizację do pisania, zainteresowanie i wszystkie dowody, że warto było.

© Pewnego razu w Chinach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci