Menu

Pewnego razu w Chinach

Mówią, że po trzech tygodniach w Chinach piszesz książkę, po trzech miesiącach artykuł, a po trzech latach pochylasz głowę z pokora wobec własnej niewiedzy i uczysz się dalej. Gdzie na tej skali mieści się blog?

No, chyba że w Gansu

jeanpaget

Wracam myślą do moich chińskich podróży i myślę sobie, że relacje o nich nie będą pełne bez Gansu. Gansu i Qinghai konkretnie. Takich miejsc, o których mówi się, że jak już widziałaś w Chinach wszystko, to możesz jechać do Gansu. Albo, że już musisz długo być w Chinach, skoro jedziesz do Gansu. Itd., itp. Pojechałam do Gansu, kiedy wedle pierwotnego założenia już mnie miało w Chinach nie być, więc wszystko się zgadza. Plan, najpierw nieprawdopodobny, zaczął nagle nabierać kształtów, potem rozmowy, poszukiwania, w końcu zakup biletu i fru. Czasu było mało, raptem tydzień, żeby zobaczyć kilka miejsc, zakosztować znowu zupełnie innych Chin. Gansu i Qinghai, graniczące z Xinjiangiem, Tybetem, Mongolią Wewnętrzną (i nawet krótkim odcinkiem z Mongolią właściwą) są pełne pięknych i symbolicznych miejsc, to żywe dowody na różnorodność etniczną, językową, kulturową i religijną Chin. Jednocześnie dobre miejsca do obserwowania modernizacyjnych eksperymentów, ze względu na ogromne zapotrzebowanie na infrastrukturę, oferty pracy, chcące skorzystać z dobrodziejstw chińskiego postępu.

jak

Prowincja o najdziwniejszym kształcie, spora, ale daleka, biedna, pustynna i górzysta, pojawiająca się jako negatyw bogatego, otwartego, kosmopolitycznego wybrzeża. Symboliczna, na miarę Pcimia czy Berdyczowa. "No, może w Gansu". "W nieistniejącej prowincji Gansu". "Chyba z Gansu przyjechał". Ale też w ostatnim czasie coraz mocniej promowana, bo na jej terenie są jaskinie Dunhuang z naskalnymi malowidłami, i tęczowe góry Danxia, i początek - lub koniec, zależy z której strony patrzeć - chińskiego Wielkiego Muru. Więc jednak kolebka cywilizacji, dobrze wpisująca się w narrację o 5 tysiącach lat historii.

 mapa2

Na początek Lanzhou, bo trzeba było zacząć gdzieś, dokąd dolatują samoloty. Miasto rozsławione makaronami lamian, które można dostać na każdej ulicy każdego chińskiego miasta. Nie dostało szansy zaprezentowania niczego więcej, a o tym, jak dostać się do Labrang (z którego dworca i o której) musiała nam powiedzieć holenderska właścicielka hotelu stamtąd, bo miejscowi nie wiedzieli, nie umieli, nie chcieli. A Labrang (chińskie Xiahe) był pierwszym przystankiem w tej podróży, na pogórzu qinghaisko-tybetańskim, na wysokości około 3000 m n.p.m.

mynkiMiasteczko jest w trakcie modernizacji, na głównej ulicy właśnie kładziono asfalt, ale aby w ogóle mieć przyjemność z dotarcia tam, trzeba zamieszkać blisko bram klasztoru, w zasadzie całego klasztornego kompleksu. Labrang jest dość popularny turystycznie, jednak w porównaniu np. z klasztorem Kunbun pod Xining, stolicą Qinghai, jest znacznie bardziej autentyczny, przyciągający prawdziwych pielgrzymów, pełen tybetańskości, ludzie mówią tam w języku, pielęgnują zwyczaje, czują się przede wszystkim Tybetańczykami. To najważniejsze centrum buddyzmu tybetańskiego poza Tybetem. Ku naszemu zaskoczeniu nawet mnisi z klasztoru, oprowadzający grupy turystów, wspominają o Dalai Lamie jako o duchowym przywódcy, przy czym jego portretów oczywiście tam nie ma, są tylko lamowie uznani i wskazani przez Pekin. Ale już w jurcie, którą odwiedziliśmy, 60 km dalej i 500 m wyżej, domowy ołtarzyk zwieńczony jest portretem Dalai Lamy i nikogo innego. W hotelu w Labrang pracownicy, miejscowi chłopcy, mają na szyjach zawieszone medaliki z jego podobizną. Do Labrang ciągną pielgrzymki z miejsc oddalonych o wiele dni marszu.

 pielgrzymka

Miejsce jest, mimo rosnącego ruchu turystycznego, spokojne i prawdziwe, choć działa w istocie jedynie w porze letniej, od kwietnia-maja do października, potem jest niemal odcięte od świata. Z Lanzhou łączy je już bardzo dobra droga szybkiego ruchu, obok klasztoru wybudowano gigantyczny parking, etniczna i kulturowa odmienność miejscowych przyciąga chińskich (hańskich) turystów, ale miejsce jeszcze się broni. Nawet propaganda na murach klasztoru jest mniej łopatologiczna niż gdzie indziej, i odwołuje się głównie do harmonii i pokoju. W mieście jest sporo hoteli, kilka dużych, państwowych, sporo mniejszych, klimatycznych i organizujących dodatkowe atrakcje, jak choćby wyjazd w góry, aby pospacerować po rozległych łąkach, odwiedzić jurtę, popatrzeć za horyzont. Stoi się na polu na wysokości 3500 m n.p.m., a w promieniu setek kilometrów nie ma nic, tylko połoniny i góry w oddali, konie się pasą.

 pooniny

mnich_w_Labrang

 rzezba_maslana

Z wschodniej do zachodniej części Gansu najlepiej dostać się przez Qinghai. Wierzcie lub nie, przed wyjazdem nie wiedziałam, jak nazywa się stolica prowincji. Ona jest po prostu jeszcze mniej znana i rzadziej wspominana niż Gansu. A tu się okazało, że Xining to nie tylko miasto wielkości Warszawy, ale też ciekawe miejsce ze świetnym jedzeniem, rewelacyjnym muzeum tybetańskim, sympatyczniejsze od Lanzhou. Jeśli prowincja jest z czegoś słynna, to ze słonych jezior, które, nieuchronnie, zaczynają przyciągać turystów z całych Chin. Na parkingach wzdłuż jeziora można spotkać samochody z najodleglejszych zakątków kraju, nie wyłączając oddalonego o 2000 km Kantonu, Dalian czy Hangzhou.

 jezioro

Akurat kwitł rzepak, było ciepło (jak na wysokość 3200 m n.p.m.), i ogólnie dość zjawiskowo. Pola pomiędzy drogą a jeziorem są w większości prywatne i właściciele pobierają opłaty za przejście, niektórzy rozkręcili biznes z końmi do krótkiej przejażdżki, z zaaranżowaną scenerią do zdjęć, w tym jakami do wypożyczenia (na pierwszym zdjęciu). Z drugiej strony drogi stoją pasieki, a miejscowi sprzedają miód, który jest rzeczywiście znakomity. Są jakieś opcje noclegowe, ale jeśli nie chce się objeżdżać jeziora to wystarczy jednodniowy wypad z Xining.

W samym mieście, jako się rzekło, jest m.in. muzeum tybetańskie (część eksponatów opisana wyłącznie w tym języku), przestronne, nowoczesne, z dość ciekawymi zbiorami oraz z najdłuższą na świecie tangką, tradycyjnym buddyjskim malowidłem. Tutejsze ma ponad 600 m i składa się z tysięcy rysunków od scen z tradycji buddyjskiej, przez dekoracje symboliczne, w klimacie niemal perskim, po tablice roślin, zwierząt i chorób wraz z metodami ich leczenia zgodnie z zasadami medycyny tradycyjnej. Rzecz jest świeża, sprzed kliku lat, ale robi duże wrażenie. Oprócz tego, z racji sporej wspólnoty muzułmańskiej, w mieście i okolicy jest ogromna liczba meczetów, część w estetyce chińskiej, wiele nowych jednak przypominających te z Bliskiego Wschodu, z kopułami i czterema minaretami, które to podobno są przez władze rugowane i nie dopuszczane do budowy. Może w Xinjiangu, na pewno nie w Qinghai. Hagia Sophia na każdym osiedlu.

chleby

tangka

Plan był taki, że po Xiningu już tylko Zhangye, a konkretnie Danxia, tęczowe góry, jeden z cudów przyrody, a potem wracamy do Lanzhou. Jednak siedząc na dworcu w Xining zobaczyłyśmy nazwę dalszej niż nasza stacji naszego pociągu, sprawdziłyśmy, że to miejsce, gdzie zaczyna się Wielki Mur, i tak plany uległy korekcie. Konkretnie uległy one korekcie, kiedy okazało się, że w Zhangye boleśnie nic nie ma i dwa dni tam, to strata czasu, Zatem dworzec, akcja z dokupywaniem biletów na kolejny odcinek podróży i powrotnych do tych, które już miałyśmy, co nie było proste, bo nie można mieć dwóch biletów na ten sam pociąg na ten sam dokument. Ale tu przechytrzyłyśmy system, bo miałyśmy drugi dokument i bilety udało się kupić. I dobrze, bo to była przygoda, nic to, że po raz pierwszy i jedyny podczas pobytu w Chinach zostałam wylegitymowana przez policję. Prewencyjnie, bo cudzoziemiec, z dziwnymi dokumentami, w pociągu jadącym docelowo do Xinjiangu, to okazja nie do przepuszczenia. Poza tym zaprzyjaźniłyśmy się z towarzyszami podróży, szczególnie z pewnym rezolutnym czteroipółlatkiem, co skończyło się wspólną kolacją z jego rodzicami, rzadką możliwością interakcji z przeciętnymi Chińczykami, i radosnym zdumieniem, kiedy nasza sąsiadka tłumaczyła dziecku "widzisz, panie są z Polski, z kraju Chopina".

Zatem Zhangye niekoniecznie, tylko jako punkt startu do Danxia, które wygląda jak z photoshopa, ale naprawdę takie jest. Zwiedza się te góry wyłącznie w sposób zorganizowany, busikiem, bo odległości są spore, a chodzi też o to, żeby turysta nie szedł w szkodę (a chiński turysta potrafi). Każdy "scenic spot" jest oznakowany, busik staje, można pochodzić, porobić zdjęcia i wsiąść do kolejnego, o ile się najpierw nie oszaleje z powodu towarzyszącej muzyki płynącej z głośników. Jest to jakiś fragment monumentalnego dzieła prawdopodobnie z któregoś z filmów Zhang Yimou z nutą dzikiego zachodu, w pierwszym momencie pasujący i nawet ładny, po dziesiątym powtórzeniu tego samego trzyminutowego wycinka nie do zniesienia. Jakby w Morskim Oku puszczano na cały regulator partię chóralną z Podwójnego życia Weroniki albo pierwsze kilka taktów poloneza z Pana Tadeusza. Macie to? No właśnie. Ale Tęczowe Góry są oszałamiające.

 gry_tczowe_2

 gry_tczowe_1

A potem dotarłyśmy do Jiayuguan, czyli początku Muru. Obiekty rozrzucone się na pustyni, jest twierdza, punkty widokowe i cały turystyczny biznes, jaki można sobie wyobrazić. Wokół tego budowana jest patriotyczna narracja, wplatany jest Jedwabny Szlak, hańskie czy wielkochińskie dziedzictwo, historia w służbie polityki, pradawne ziemie, jedność w różnorodności itp. Zrobione jest to wszystko zmyślnie, z wykorzystaniem technologii, na wejściu przy zakupie biletu odbija się odcisk palca i nawet nie jest wymagany paszport, a potem można wchodzić do każdego obiektu odrębnie. Gorzej jest z dotarciem na miejsce, bo jednak dominują wycieczki zorganizowane, ale nie takie problemy pokonywaliśmy, chociaż Didi (chiński Uber) tam nie działał.

 koniec_muru

Na tablicy powyżej jest napisane, że tu się zaczyna chiński mur, co chyba nie do końca jest prawdą, to jest najbardziej na zachód wysunięty odcinek, ale jak wiadomo, mur był budowany w różnych okresach, w sposób nieskoordynowany i nie jako jedna budowla, ale symbol jest, i o to chodzi.

A potem już był powrót do Lanzhou, spóźniony jeden pociąg, odwołany drugi i szalona jazda z przypadkowym kierowcą, jedynym pod dworcem, który zgodził się nas zawieźć na lotnisko, choć w zasadzie było pewne, że trzeba będzie nocować w Lanzhou. Ale nie, dojechał na czas i tak wycieczka dobiegła końca, chociaż szkoda wielka, bo pięknie było. I były po drodze klasztory w skałach, i znakomite wino z winnicy w Ningxia, i wędzone tofu, jakiego nigdy wcześniej, i nigdy później nie jadłam, i muzułmańska dzielnica z południową modlitwą pod patriotycznymi hasłami, i zimny makaron z sezamowym sosem, i zapierające dech widoki, i powietrze czyste i przejrzyste... i piękne zwieńczenie czterech lat w Chinach.

klasztor_matisi

makaron

kunbun

soitel

Trzy miesiące później wróciłam, z przekonaniem, że bez odwiedzenia Gansu, Xi'an czy Yunnanu mój pobyt byłby niepełny, mniej ciekawy, a przede wszystkim nie dowiedziałabym się i nie nauczyła wiele, gdybym patrzyła tylko przez pryzmat bogatego i rozwiniętego południa Chin, okraszonego egzotyką tropikalnego Hainanu czy bajkowego Guangxi.

Pewnego razu w Chinach byłam szczęśliwa.

A do tego jeszcze blox.pl się zamyka, przeniosę ten blog gdzie indziej i dam znać, jeśli znów będzie powód, aby pisać. Dziękuję za czytanie, komentarze, mobilizację do pisania, zainteresowanie i wszystkie dowody, że warto było.

Jak dorosnę, będę metropolią

jeanpaget

Obawiam się, że się nie sprawdzam jako blogerka. Ale to tylko dlatego, że sprawdzam się w innych rodzajach działalności, np. znowu od czterech miesięcy głównie jako konsul liniowy, wydający po kilkaset wiz miesięcznie i odbierający telefon dyżurny. A równolegle jako specjalista od promocji kraju, dzięki czemu te tłumy następnie walą po wizy, więc w sumie sama sobie jestem winna. Na szczęście jak już wielokrotnie mówiłam i pisałam, bardzo lubię swoją pracę, a jak się pracę lubi, to i z przerabiania ton dokumentów wizowych można się czegoś nauczyć.

A telefon dyżurny, no cóż, do listy topowych problemów zgłaszanych przez zabłąkanych obywateli niech dojdzie wczorajsze: "bo jestem na przejściu granicznym do Hongkongu i chciałem zapytać, którą bramką mam wyjść?". Do Hongkongu, bramką do Hongkongu, proszę pana.

A gdzie obywatel był na przejściu? Otóż w Shenzhen on był. I ja dzisiaj właśnie o Shenzhen. Tych, którzy temat znają do podszewki, z góry przepraszam za uogólnienia i uproszczenia, ale chodzi mi o pokazanie zjawiska, o którym na świecie coraz głośniej i warto wiedzieć, dlaczego. 40 lat temu przy granicy z Hongkongiem, będącym wówczas brytyjską kolonią, było kilka rybackich wiosek. Mieszkało w nich kilkanaście tysięcy ludzi, może nieco więcej. Kiedy Deng Xiaoping ogłosił politykę reform i otwarcia (Chin na świat), postanowiono przeprowadzić eksperyment i stworzyć specjalną strefę ekonomiczną, w której można by przetestować, jak w Chinach może zadziałać ograniczony, sterowany i kontrolowany kapitalizm, z użyciem hongkońskich pieniędzy. Wybrano teren sąsiadujący z kolonią, ogrodzono płotem (którego resztki w tym roku demontowano) i dopuszczono - jak na tamte czasy i okoliczności - swobodną działalność gospodarczą, która polegała przede wszystkim na produkcji dóbr masowych po niskich cenach, mających zaspokoić potrzeby rynku wewnętrznego, ale także na eksport.

 widok_2

Przeciekawie opowiada o rzeczywistości wczesnych lat Shenzhen Peter Hessler w kilku swoich książkach, ale przede wszystkim w "Oracle bones" (po polsku jako "Kości wróżebne") i częściowo także w "Strange Stones" ("Dziwne kamienie"), śledząc losy swoich studentów, którzy postanowili spróbować sił w gospodarce rynkowej.

W dużym skrócie opisuje się Shenzhen jako 15-tysięczną wioskę rybacką, która w 30 lat stała się 15-milionową metropolią. Przy czym nie ma pewności, ilu ma mieszkańców, bo jako że jest najbardziej dynamicznie rozwijającym się miastem, przyciągającym talenty i mającym stać się (a może już będącym) centrum chińskiej Doliny Krzemowej, zjeżdżają doń tysiące ludzi, głównie młodych, z całych Chin. Powoduje to, że Shenzhen jest jedynym miastem w prowincji Guangdong, gdzie prawie nie używa się języka kantońskiego (o którym napisze mam nadzieję niebawem), za to mówi się najlepszym putonghua, czyli standardowym mandaryńskim, bo ludzie są zewsząd i muszą się jakoś dogadać.

Chociaż dorosłość osiągnęło już pierwsze pokolenie urodzone w Shenzhen, wśród pracowników firm, z którymi rozmawiam, lokalni stanowią nikły procent, a większość jest napływowa. Stanowi to zresztą dobre wytłumaczenie tego nieprawdopodobnego tempa rozwoju (wg danych za 2017 Shenzhen prześcignęło Hongkong w wartości PKB i w wielu innych wskaźnikach też) i dynamiki. Ponieważ każdy jest skądś i jest, statystycznie, młody oraz, statystycznie, bez rodziny, może się całkowicie skupić na pracy. To sprawia, że tworzą się nowe modele więzi społecznych, wśród ludzi, którzy wspólnie studiują i pracują, i stanowią dla siebie rodzaj zastępczej rodziny, być może bliższej i lepiej zintegrowanej niż prawdziwa. Opowiadał mi kiedyś profesor pracujący na uczelniach w Kantonie i w Shenzhen o różnicach, jakie obserwuje między studentami z tych dwóch miast i właśnie tworzenie więzi było największą. Mówił, że jego byli studenci z Shenzhen po 10, 15 latach nadal trzymają się razem, wspólnie zakładają firmy, żenią się między sobą i budują kompletnie nowe życie, czasem tysiące kilometrów od rodzinnego domu. Innym zjawiskiem jest wyprowadzanie się z Shenzhen - np. do Kantonu - ludzi po 35 roku życia, którzy już sporo osiągnęli i potrzebują nieco więcej spokoju i stabilizacji. Bo nawet jeśli tutaj także życie często sprowadza się do pracy, to jednak jest oparcie w tradycji, w pełnej strukturze społecznej, w licznych instytucjach, których Shenzhen jeszcze nie wykształciło.

Jednocześnie produkcyjny niegdyś profil miasta odchodzi w przeszłość, zostało bowiem postanowione, że ma być laboratorium nowego modelu chińskiego wzrostu gospodarczego, opartego na wiedzy, wysokich technologiach, innowacjach. Produkcja jest wyprowadzana poza Shenzhen, w ogóle poza Deltę Rzeki Perłowej, co zresztą sprzyja nie tylko ewolucji Shenzhen, ale i poprawie sytuacji gospodarczej uboższych dotąd części regionu. To zresztą jedno z założeń planu Greater Bay Area, który jest "the next big thing", dość powiedzieć, że w dyskursie publicznym tu na południu niemal całkowicie wyparł Pas i Szlak - a jest to spore osiągnięcie.

GBA to projekt gospodarczo-infrastrukturalno-komunikacyjny w założeniu, ale też społeczny. Jest to w istocie pomysł integracji funkcjonalnej Delty Rzeki Perłowej i przylegających do niej miast nie leżących na wybrzeżu oraz Specjalnych Regionów Administracyjnych Hongkongu i Makao. Rozmachem, bogactwem i populacją (obecnie 68 mln) ma prześcignąć inne obszary zatokowe i stać się w efekcie aglomeracją. Od roku wyczekiwane są dokumenty strategiczne (czyli co i jak), a póki ich nie ma wymownym symbolem GBA stały się dwa przedsięwzięcia infrastrukturalne: szybka kolej Kanton-Shenzhen-Hongkong i most Zhuhai-Makao-Hongkong. Oba te projekty mają się ziścić niebawem, jesienią tego roku. Kolej miała być uruchomiona już dawno, ale prace po stronie hongkońskiej trwały dłużej niż planowano, jest też problem z kontrolą graniczną, która ma być cała po tamtej stronie, ale wygląda na to, że jesteśmy na ostatniej prostej i już niedługo podróż skróci się z 2 godzin do 48 minut. Już w tej chwili do Shenzhen jedzie się z Kantonu krócej (32-40 minut) niż potrzeba, abym dotarła od siebie na dworzec południowy, z którego odchodzi pociąg (45 minut metrem, do którego trzeba 10 minut dojść i być 20 minut przed odjazdem pociągu).

Futian_mapa

A dojeżdża się na dworzec Futian, zlokalizowany w sercu biznesowej (jednej z) dzielnicy Shenzhen, który to dworzec, oddany do użytku trzy lata temu, jest wielkości lotniska w Amsterdamie i ma kilkadziesiąt wyjść, nie licząc wielu przez budynki biurowe i centra handlowe. Ostatnio przeszłam podziemiami jakieś dwa kilometry, prawie do miejsca przeznaczenia. A jaka byłam z siebie dumna, kiedy wychynęłam na powierzchnię i wiedziałam, gdzie jestem! Co wcale nie jest takie oczywiste, bo co chwilę oddawany jest do użytku nowy budynek i widok zapamiętany z poprzedniego pobytu może już być historią.

Akurat w trakcie tej podróży czytałam znakomitą książkę Pauliny Wilk "Pojutrze", o nowych miastach, urbanizacji i dehumanizacji. Bardzo to, co ona pisze, korespondowało z moimi wrażeniami, kiedy tak maszerowałam przez tętniące życiem centrum handlowe między Futian a przestrzeniami Expo. To jeszcze nie Seul i Dubaj z jej opowieści, ale jesteśmy tuż za rogiem.

Każdy szanujący się nowy budynek musi być oświetlony i jest - tak, że patrzyłam w niemym podziwie dla skali kiczu, jakbym przyjechała z prowincji Gansu, a nie z sąsiedniej, było nie było, metropolii. Zdjęcia tego nie oddadzą. Choć oczywiście, do standardu iluminacji Hongkongu musi Shenzhen jeszcze dorosnąć. Ale że dorośnie nie mam najmniejszych wątpliwości.

 SZ_swiatla

Jeżdżąc i chodząc po Shenzhen, zwłaszcza po jego nowych dzielnicach, niemal nie zauważa się starszych ludzi. Owszem, są, bo coraz częściej przyjeżdżają, żeby opiekować się wnukami; ich zapracowane dzieci, jeśli znalazły czas na małżeństwo i na potomstwo, nie mają go na zajmowanie się nim. Ale nadal nie jest to częsty widok, a jestem w Shenzhen czasem kilka razy w miesiącu, a potem przemieszczam się po nim metrem. Komunikacja miejska jest bardzo sprawna, ale musi się cały czas rozwijać, razem z miastem. Już w tej chwili wszystkie autobusy są elektryczne (a jest ich coś około 80 tysięcy).  Nadal są miejsca, do których metro nie dojeżdża, nie ma w tym nic dziwnego, bo miasto jest rozciągnięte na kilkadziesiąt kilometrów wzdłuż wybrzeża i rozrasta się też w głąb lądu. Czasem podróż samochodem z Kantonu (ok. 110 km do granicy z Shenzhen) trwa krócej, niż przebicie się na jego wschodnie rubieże. A trzeba się jakoś dostać do firm, które stworzyły to miasto: Huawei, BYD, BGI i wielu innych. Albo do trzeciego największego na świecie portu Yantian, do którego przypływają statki z Polski.

Krócej niż droga na dworzec trwa także podróż do Hongkongu, pod warunkiem, że się sprawnie przejdzie granicę. Na przejściu w Luohu wsiada się w metro i po pół godzinie jest się w Kowloon, a po kolejnych 10 minutach promem - na wyspie. To także atut Shenzhen, a wraz z urzeczywistnianiem GBA przemieszczanie się pomiędzy miastami ma być coraz prostsze. To ważne z biznesowego punktu widzenia, wiele firm funkcjonuje po obu stronach granicy (granicy wewnątrz jednego kraju, ale pomiędzy dwoma systemami). Apelują o te ułatwienia szefowie informatycznych gigantów - Tencent też ma swoją siedzibę w Shenzhen - i firm poszukujących wykwalifikowanej siły roboczej, o którą w Chinach coraz trudniej (równoważenie terytorialne rozwoju to raz, efekty polityki jednego dziecka to dwa - dzieci tego pokolenia to dziś już absolwenci studiów i młodzi profesjonaliści). A z kolei Hongkong staje się coraz mniej konkurencyjny, do tego dochodzą koszmarne trudności mieszkaniowe - przeprowadzka do Shenzhen może rozwiązać wiele problemów. Za cenę dostępu do facebooka, ale to może być tylko kwestia czasu. Słyszeliście o planach powrotu google'a do Chin? No właśnie. Nieskromnie powiem, a parę osób może to potwierdzić, że przewidziałam taki rozwój wypadków. Nie rezygnuje się z półtoramiliardowego rynku dla jakichś przereklamowanych zasad wolności słowa. Poza tym użytkownicy w swojej masie nie są zainteresowani działalnością antysystemową, tylko sprawnością komunikacji, danymi ekonomicznymi i zakupami w sieci. 

Gdyby jednak sprowadzić Shenzhen do zdehumanizowanego, goniącego za karierą i sukcesem miasta ludzi znikąd, byłoby to krzywdzącym uproszczeniem. Trzeba oddać sprawiedliwość miejskim planistom, którzy, korzystając z dobroci systemu nakazowego, zadekretowali, że miasto ma być zielone - i jest. Mają być rekreacyjne przestrzenie, wykorzystujące nadmorskie położenie i zasoby naturalne - lasy, górki, jeziorka - i są. Mają być nowoczesne centra kulturalne - jest choćby Guanlan Printing Village, w którym często goszczą polscy artyści, ale przede wszystkim Design Society, zorganizowane w dzielnicy Shekou za bankowe, państwowe pieniądze Merchants Bank, wymyślone przez Europejczyków (głównie V&A) i zarządzane przez Holendra. Fakt, że na trzecim piętrze DS mieści się muzeum reform i otwarcia jest znakomitym symbolem Shenzhen. Z okazji 40-lecia tej polityki muzeum jest właśnie w rekonstrukcji i ma się otworzyć w tym miesiącu. Mam nadzieję zdążyć je odwiedzić przed wyjazdem.

 design

Wierzę tym, którzy mówią, że w Shenzhen się dobrze żyje. Drogo, ale dobrze. Bardzo drogo - w jednej z rozwijających się nadmorskich dzielnic, Shenzhen Bay, budowane są apartamenty, nie mniejsze niż 200-metrowe, gdzie każdy metr kwadratowy to koszt 250 tysięcy juanów (juan to ok. 50 groszy). I nie stoją one puste, nie. Puste to mogą być budynki w tzw. miastach trzeciego rzędu, gdzie nie ma jeszcze wystarczającego potencjału, aby zatrzymać ludzi, a tych, którzy zostają, nie stać na nowe mieszkania. Czy w Chinach jest bańska spekulacyjna na rynku nieruchomości? Oczywiście jest. Czy pęknie? Raczej nie. Kapitalizm z chińską charakterystyką raczej jej na to nie pozwoli. Chociaż oczywiście niczego wykluczyć nie można, bo globalizacja, której chińscy liderzy są kapłanami (vide Davos 2017) może okazać się bronią obosieczną i przynieść Chinom nie tylko korzyści. Jeśli gdzieś będzie to dobrze widać, będzie to Shenzhen. Na nabrzeżu, z widokiem na Hongkong.

 

W Kantonie takiego nie dają

jeanpaget

Trochę wstyd siedzieć prawie cztery lata w Chinach i nie zobaczyć Armii Terakotowej, tak sobie pomyślałam. Z rozeznania wynikło, że trzy dni na Armię oraz starą stolicę - Xi'an, powinny wystarczyć, do czego Wielkanoc idealnie się nadała, bo i pogoda na północy zrobiła się przyjazna. Jest to czas na program minimum, przy wysokiej intensywności zwiedzania. Warto zatrzymać się w centrum, czyli wewnątrz murów, najlepiej w pobliżu bramy południowej. Mury to ważna rzecz, długie na blisko 14 km i szerokie na 18 m są najlepiej zachowanymi i rzeczywiście imponującymi murami miejskimi w Chinach. Na górze można wynająć rower i w nieco ponad godzinę objechać całość. Miasto wewnątrz murów nie jest skansenem i wydmuszką, ale normalnym, żyjącym centrum o klarownym układzie ulic opartym na planie siatki, z uroczymi zaułkami, starymi bramami i knajpami, serwującymi rozsławiony wyjątkowo skomplikowanym znakiem makaron biang biang. Który zresztą wygląda i smakuje inaczej chyba w każdym serwującym go miejscu.

biang_napis_2

W ogóle jedzenie w Xi'an to jest osobna historia. W Kantonie takiego nie dają, powtarzałyśmy sobie na każdym kroku. Biang biang, to raz. Gruby i szeroki makaron podawany jest w zupie, w której może się znaleźć wszystko, w jednej wersji jest ona bliska naszej jarzynowej, z marchwią, ziemniakiem i pomidorem, w innej ma lokalną zieleninę typu bok choy, czarną fasolę i kawałek grilowanego kurczaka (bez kości!). Ach, no bo należy wspomnieć o tym, że wegetarianizm trzeba zostawić za bramami miasta, jeśli chce się w pełni korzystać z jego dobrodziejstw kulinarnych. Niejedząca na co dzień mięsa, nie tylko wyjadłam kurczaka z biang biang, ale i ze smakiem pochłonęłam bułkę z jagnięciną (yang rou bao).

biang_biang_2

Trudno było się bowiem oprzeć urokowi spektaklu przygotowywania tej bułki, który jest oczywiście sprawnym i przemyślanym zabiegiem marketingowym (zaraz na wejściu do dzielnicy muzułmańskiej), ale produkt też jest najwyższej jakości i świeży. Są na każdym kroku sprzedawane chlebki i placki, do szaszłyków i do podgryzania. Są jeszcze inne specjalności, z których słynie miasto. Szaszłyki właśnie (aż tak daleko moje odstępstwo nie poszło), podawany na zimno makaron sojowy lub fasolowy, ze świeżym ogórkiem, chili i sosem sezamowym (liang pi fen), placuszki z kleistego ryżu obtaczane w różnych dodatkach - cukrze, sezamie, dżemach i orzeszkach, różnokolorowe puddingi z ryżu, barwione na żółto lub zielono (naturalnie), niesłodkie i podawane z odrobiną konfitury z płatków róży. Bardzo popularne są makarony i pierogi z dodatkiem szpinaku, na każdym kroku można też natknąć się na smażone w głębokim tłuszczu ciastka z persymony (nie spróbowałam, bo znam persymonę, która jest słodka i mdła w smaku).

 roubao_2

 ciasta_ryzowe

 

Oprócz tego gdzieś w bocznej ulicy na standardowym stoisku z bułami na parze, bao i mantou różnych kształtów, trafiłyśmy na naleśniki z farszem składającym się z cienkiego makaronu ryżowego lub sojowego, dymki, szczypioru (Uwaga dla purystów - to nie to samo. Chiński szczypior jest płaski, zaś dymka, jak to dymka, jest pusta w środku.), dobrze doprawionym. Dobre to było, a u nas na południu, z jakiegoś powodu, takiego nie dają.

Nie tylko jedzeniem Xi'an stoi. Przez wiele stuleci ośrodek ten był stolicą, choć pod różnymi nazwami i niekoniecznie w tym samym miejscu. Różnie jest to liczone, niektóre wersje mówią o 3 tysiącach lat, inne datują początki świetności na III wiek p.n.e., kiedy to cesarz Qin Shi Huang (ten od armii terakotowej) zjednoczył ówczesne Chiny. Okres stołeczny skończył się wraz z Tangami (618-907 n.e), za czasów których Xi'an był jednym z największych miast świata, liczącym ponad milion mieszkańców. Wynikało to z jego roli jako początku Jedwabnego Szlaku, którym stał się już za Hanów, na przełomie epok. To dziedzictwo jest zresztą znakomicie rozgrywane w aktualnie sztandarowej inicjatywie Pasa i Szlaku, choć istota i zasięg są kompletnie inne, ale o tym później.

Jechałam bez jakichkolwiek założeń czy uprzedzeń, wiedząc, że można spodziewać się wysokiego zanieczyszczenia i nieciekawej pogody. Zanieczyszczenie rzeczywiście było wyższe niż to, którego zazwyczaj doświadczam, przynajmniej tak twierdziła prognoza pogody, bo odczuwalne to szczególnie nie było. Przywitała nas piękna wiosna, dość ciepła, drzewa w kwiatach i świeżych, jasnozielonych listkach, niebo błękitne, uroczo.

pagoda

Wiele czynników się składa na wrażenie, jakie robi na nas po raz pierwszy odwiedzane miejsce, pogoda jest na pewno ważnym pośród nich. Ale nie tylko, bo komunikatywność mieszkańców, jedzenie, łatwość nawigacji i stopień spełnienia naszych oczekiwań też ma znaczenie. A i tak nie daje mi to do końca odpowiedzi na pytanie, dlaczego Xi'an polubiłam od pierwszego wejrzenia, a Hangzhou, takie piękne i opiewane w poematach z czasów wszystkich po kolei dynastii, ze swoim Zachodnim Jeziorem i wysublimowanymi tradycjami herbacianymi i jedwabniczymi jakoś mnie nie ruszyło. Chociaż mieszkałam w uroczym pensjonacie i dobrze jadłam. Może przejmujące do kości zimno i siąpiący deszcz mają z tym coś wspólnego.

Pagoda powyżej nosi nazwę Wielkiej Dzikiej Gęsi i mieści się na terenie świątyni buddyjskiej Dacien. Świątynia zaś ma fundamentalne znaczenie w historii chińskiego buddyzmu, To właśnie z nią związany był mnich Xuanzang, który za czasów wczesnych Tangów wyruszył do Indii po buddyjskie księgi, które następnie przez 19 lat tłumaczył na chiński.

Ciekawe, że w zbliżonym okresie pojawiły się tu dwie inne wielkie religie. Najpierw wraz z arabskim wojskiem przyszedł islam - pierwszy meczet został wybudowany w 742 roku, zaś chrześcijaństwo pojawiło się kilkadziesiąt lat później, czego dowodzi datowana na 781 r. stela nestoriańska, którą można oglądać w muzeum Beilin, niedaleko południowej bramy.

Zresztą i meczety, i kościół katolicki znajdują się wewnątrz murów. Kościół jest na tle pozostałych dość współczesną budowlą, zaś meczet nie przypomina meczetu. Wielokrotnie przebudowywany, zajmuje część sporego ogrodu w sercu dzielnicy muzułmańskiej. Choć wyznawców islamu jest w mieście ok. 30 tysięcy, przyciąga licznych islamskich i nieislamskich turystów, bo poza salą modlitw można go zwiedzać bez przeszkód.

 meczet_ogrd

W grudniu w Centrum Manggha w Krakowie obejrzałam wystawę współczesnej architektury chińskiej (bardzo to było ciekawe, zwłaszcza, że mam tu sporo kontaktów z architektami i urbanistami, którzy fascynujące rzeczy robią) i dowiedziałam się wówczas o rewitalizacji obszaru Zachodniego Targu w Xi'an. Zatem, skoro już tam byłam, to pojechałam skonfrontować rendering z rzeczywistością. Nowy Zachodni Targ to połączenie centrum rozrywki i handlu w budowie z ośrodkiem konferencyjno-muzealnym godnym nowego Jedwabnego Szlaku. Architektonicznie to jest przyzwoite, choć pewnie goszczenie muzeum Jedwabnego Szlaku pomogło w zakwalifikowaniu budowli jako jednej z najwybitniejszych realizacji ostatnich lat. Natomiast bezpłatna, stała wystawa jest naprawdę warta odwiedzenia, choć wbrew jak rozumiem, idei założycielskiej centrum, dotyczy nie wymiany międzynarodowej, ale tego, co zastali zagraniczni kupcy, korzystający ze Szlaku, gdy za czasów jego rozkwitu zawitali do Xi'an. Składają się na nią bowiem głównie artefakty z czasów dynastii Tang, zatem liczące sobie dobrze ponad 1000 lat. Rzeźby, brązy, kaligrafie, dzbanki do herbaty, uzdy i adamaszki, tak, adamaszki, pod szkłem, kolorowe i no cóż, należy wierzyć, że autentyczne.

figurki_Tang_2

 

Zachodni Targ mieści się poza murami i jeśli nie pałacie zamiłowaniem do sztuki sprzed tysiąclecia, to można go odpuścić. Same mury, jak wspomniałam, warte są zobaczenia (wybudowane zostały w tym kształcie za Mingów, czyli między XIV a XVII w.) i objechania. Wejść można na nie w kilku miejscach, a w bodaj czterech wypożyczyć rower (45 yuanów za trzy godziny i 200 kaucji). Rowery są tak niewygodne, że najlepiej w ogóle z nich nie schodzić, tylko jechać. Przejście tej trasy byłoby nudne, ale jadąc można zobaczyć bez większego wysiłku, jak się zmienia zabudowa, rzucić okiem na sporą świątynię lamajską (w obrządku buddyzmu tybetańskiego) czy nowe apartamentowce. Niegłupio, wydaje mi się, jest objechać mury na koniec pobytu w Xi'an, kiedy się już z grubsza kojarzy, co się widzi. Bruk jest miejscami nierówny, ale da się jechać, rogi i bramy są poopisywane, w dwóch miejscach są kioski z napojami, poza tym jest dość ascetycznie. Ponoć jeszcze klika lat temu na górze kwitł pokątny handel pamiątkami i było sporo straganów. W tej chwili jedyne co zaburza estetykę murów to niestety wszędzie w Chinach spotykane "dekoracje" w nowo-chińskim stylu, kolorowe postaci z kreskówek, brzydkie tak, że mogą śnić się po nocach, jakieś lampiony i napisy, przy których miejscowi robią sobie zdjęcia. Na szczęście ohyda ta jest ograniczona do kawałka nad bramą południową.

para_na_murze

Skoro już o architekturze. Nawet nowa zabudowa w centrum trzyma styl, który można by nazwać północnochińskim, imperialnym czy stołecznym (w Kantonie takiego...) Dachy wywinięte są na wzór pałacowy i podświetlone wieczorem. Miejscami zbacza to w rejony kiczu, ale ogólnie sprawia wrażenie jakiejś jednak spójnej koncepcji. Wewnątrz murów zabudowa jest raczej dość niska, przynajmniej jak na chińską skalę. Sporo jest, także w małej architekturze, nawiązań do klasyki. Z obu wież, Dzwonu i Bębnów, można podziwiać panoramę okolicy. Wewnątrz Wieży Bębnów (poniżej) jest wystawa klasycznych mebli z początku XX wieku. Sporo uwagi się tam przywiązuje do detalu.

 drum_tower_2

Armia jak armia. No, robi wrażenie, zwłaszcza jak sobie oglądający uświadamia, że to zaledwie niewielka część, a prawdopodobnie najbardziej okazałego elementu, czyli grobowca cesarza, nie odkopano i na razie się na to nie zanosi. Wycieczki do oddalonej o ok. 30 km armii są organizowane wszędzie i przez każdy hotel. Dostaje się w pakiecie przewodnika, wizytę w wypalarni figurek i lunch. Nam się trafiła ogarnięta i sensowna przewodniczka z więcej niż przyzwoitym angielskim, dość sympatyczna grupa składająca się z Australijczyka, Hindusów, Egipcjanina i jeszcze paru nacji, punktualna i towarzyska, a lunch był smaczny. Na całą wyprawę trzeba przeznaczyć prawie cały dzień, indywidualnie wyszłoby może odrobinę krócej. Ogląda się trzy stanowiska, z których największe i najbardziej znane jest pierwsze, można też zobaczyć, jak wygląda proces restauracji figur. Grobowiec cesarza, jeszcze niedawno dostępny, jest obecnie ogrodzony i się go nie zwiedza. Podobno jest to skutkiem stwierdzenia bardzo wysokiego poziomu rtęci. Czy to prawda, nie wiem, ale na pewno jest to wersja zgodna z legendą o cesarzu, który miał regularnie spożywać roztwór rtęci (jako lekarstwo na długowieczność) i poić nim pół dworu. Jakkolwiek było to ponad dwa tysiące lat temu...

armia_2

Chińska soft power

jeanpaget

Wygląda na to, że przy okazji powitania Chińskiego Nowego Roku Psa coraz więcej mówi się na świecie o chińskich tradycjach i zwyczajach, z których Święto Wiosny czyli początek księżycowego nowego roku jest najważniejsze. W chińskim kalendarzu to bardziej istotne niż nasza Wigilia, Wszystkich Świętych i 18 urodziny razem wzięte. Jest to jedyny moment w roku, kiedy naprawdę zamiera handel i czas największej na świecie, bo liczonej w miliardach, migracji ludności.

To oczywiście też żniwa dla producentów i sprzedawców ozdób: symboli szczęścia, dekoracji z przysłowiami i życzeniami, wizerunków patrona kolejnego roku oraz czerwonych kopert. Duża część tej symboliki zyskała już wymiar cyfrowy, co widać w zalewie animacji, emoji, czerwonych kopert i rysunków w korespondencji WeChatowej. Kwitnie też produkcja telewizyjna, nie tylko rozsławiona w tym roku rzekomo rasistowskim skeczem gala w telewizji publicznej, ale także reklamy społeczne mające głównie zachęcić dorosłe dzieci do odwiedzenia rodziców podczas tego najważniejszego święta. Z udziałem prezydenta Xi została uruchomiona akcja "Weź mamę za rękę", odwołująca się nie tylko do konfucjańskiej zasady synowskiego posłuszeństwa, ale jak najbardziej bliskich młodym ludziom uczuć niepewności, zagubienia i zwykłej tęsknoty za smakiem domu:  https://www.whatsonweibo.com/chinese-state-media-launch-hold-mothers-hand-campaign-xi-jinping-forefont/

Na WeChat wielu moich znajomych zamieszczało posty relacjonujące drogę do domu, zakończone np. "Zdążyłam, żeby pomóc mamie lepić pierogi!", "W Dalian zimno, ale w domu rodzinne ciepło" itd.

pies

To, co pisałam rok temu, z okazji powitania Roku Koguta, jest nadal aktualne, z tym, że mam wrażenie, że w samych Chinach coraz większą wagę przywiązuje się do sposobu spędzania świąt i darowany "złoty tydzień" wolnego jest rzeczywiście wykorzystywany. No bo jeśli platformy zakupowe ostrzegały, że w ciągu poświątecznego tygodnia będą problemy z dostawami, to rzeczywiście pokazuje zmianę podejścia. Oczywiście byli tacy, którzy zostali w pracy i zarobili wielokrotność zwykłej stawki, ale opowieści o trudnościach ze znalezieniem czasowej opieki dla seniorów w trakcie świąt przedostały się nawet na łamy China Daily.

Tak czy inaczej Chiński Nowy Rok staje się ważnym wydarzeniem także w ogólnoświatowym kalendarzu. Skoro wszyscy z Chinami handlują i coraz więcej jest chińskich inwestycji na świecie oraz chińskich turystów, to inaczej być nie może. I wydaje się, że popularyzacja chińskiej tradycji w taki właśnie sposób trafia na podatny grunt. W sposób oczywisty wymaga to dostosowania przekazu do popularnych gustów, a to pociąga za sobą uproszczenia i kicz. Dotyczy to zresztą zarówno odbiorcy chińskiego, jak i zagranicznego, przy czym ten pierwszy posiada jednak solidny zasób wiedzy na temat zwyczajów, ich pochodzenia, tradycji związanych z danymi świętami oraz znajomość własnej historii. Nie jest łatwo "sprzedać" poezję z dynastii Tang (VII-IX w. n.e.) czy ewolucję stylów kaligrafii, choć oczywiście jest to fascynujące i wciągające. Ostatnio spędziłam pół godziny oglądając film dokumentalny o piśmie blokowym (wynalazek poprzedzającej Tangów dynastii Sui:), z czego najciekawsze było, że nadal są ludzie, którzy specjalizują się w wytwarzaniu tych bloków.

Do czego więc ten przekaz promocyjny (nie lubię tego słowa bardzo) się odwołuje najskuteczniej - ano do tradycji mniej lub bardziej ludowych. A dzięki z jednej strony tysiącom lat historii kultury wysokiej, klasycznej, z drugiej zaś, wielości mniejszości etnicznych z ich różnorodnymi dialektami, zwyczajami, rzemiosłem, kulturą itd. jest masa materiału do wykorzystania. Jak zwykle najważniejsze jest wykonanie.

 malowane_tace

Mam tę z lewej!

Każdy program szkoleniowy, stypendialny czy innego rodzaju krótki pobyt w Chinach zawiera w sobie element popularyzacji kultury. Opiera się to na elemencie językowym (kurs podstawowych zwrotów oraz lekcja kaligrafii) oraz gastronomicznym (najczęściej ceremonia herbaciana z degustacją, do tego lokalne specjalności, albo przynajmniej kaczka po pekińsku). W wersji rozwiniętej może też być krótka lekcja tradycyjnego malarstwa albo wycinanki i lepienie pierogów oraz krótki koncert na instrumentach klasycznych: erhu, pipa. Wszystko to zaliczyłam podczas dwutygodniowego kursu językowego w Tianjin, gdzie na naukę języka poświęcono najmniej czasu. Takie warsztaty są też coraz częściej organizowane za granicą, choćby przy okazji Chińskiego Nowego Roku, przez Instytuty Konfucjusza czy szkoły językowe. Jeśli któraś z tych aktywności wyda się interesująca, można ją potem, zwłaszcza będąc w Chinach, rozwijać, chociaż nie jest tak, że reklamy lekcji kaligrafii będą wisieć na każdym słupie, a kursy malarstwa promować się na We Chat. Trzeba będzie trochę poszukać i okaże się, że za tą elegancką fasadą niekoniecznie jest rozbudowane zaplecze. Dość powiedzieć, że nie ma zwyczaju organizacji kursów językowych dla dyplomatów, i myślę tu o w pełni płatnych kursach. Od dwóch lat słyszę, że zamierza taki kurs, z naciskiem na język biznesowy, uruchomić jeden z wiodących miejscowych uniwersytetów, z pełnym poparciem lokalnych władz. I nadal tylko o tym słyszę.

 Chengdu_teashow

Powyżej: ceremonia parzenia i nalewania herbaty w  Chengdu. Chłopak ma w rękach dzbanki z długimi dzióbkami, z których z dużej wysokości trafia do czarek.

Mam szczęście mieszkać i pracować na południu Chin, w sąsiedztwie prowincji z największym odsetkiem mniejszości. Pisałam wielokrotnie, że elementem wyjazdów służbowych jest zazwyczaj jakiś pokaz miejscowego rzemiosła oraz zawsze degustacja lokalnej kuchni. Celem nadrzędnym jest pokazanie harmonijnego współistnienia różnych grup etnicznych i ich wyjątkowości oraz wkładu w chińską mozaikę. Ostatnio ważny wątek to wydobywanie z ubóstwa, którego mierniki są zapisane w najważniejszych dokumentach partyjnych i rządowych, a dotychczasowe osiągnięcia - imponujące. Akurat w znacznym stopniu mapa ubóstwa pokrywa się z mapą występowania mniejszości etnicznych, więc w prowincjach takich jak Guizhou, Syczuan czy Guangxi jest to jak najbardziej uzasadnione. Ciekawe było posłuchać, jak na północy Guangxi rozwój turystyki i ekologicznego rolnictwa ma zatem realizować dwa cele: popularyzacji tego zakątka Chin i podnoszenia standardu życia miejscowych.

 Sanjiang_jedzenie

 

Oprócz świetnego jedzenia obowiązkowe punkty to poznanie tajników miejscowego rzemiosła i występy artystyczne. Jak większość tego typu przedsięwzięć w Chinach aktywności takie prowadzą instytucje typu QUANGO (quasi-NGO), zakładane, wspierane, programowane i finansowane przez władze lub ich agendy. Najistotniejsze jednak jest zaangażowanie miejscowych, dysponujących umiejętnościami i wiedzą. Często chodzi o zanikające rzemiosła, dialekty, pieśni, klasyfikowane jako niematerialne dziedzictwo kulturalne i wpisywane na krajowe i światowe listy.

Podczas wizyty w powiatach Rongshui i Sanjiang, w regionie autonomicznym Guangxi Zhuang, odwiedziliśmy warsztat, w którym wykorzystywany jest powszechnie tam rosnący bambus. Robi się z niego lampy, torebki, osłonki na czarki. Te ostatnie sprzedawane są potem za krocie w specjalistycznych sklepach z akcesoriami herbacianymi. Obok - warsztat dętych instrumentów muzycznych, także wytwarzanych częściowo z bambusa. Dalej - szwaczki i pracownia biżuterii. Wygląda to wszystko na dobrze zorganizowaną spółdzielnię, zresztą w całkowicie nowych budynkach na tzw. nowym starym mieście, gdzie odtwarza się starą architekturę i z kilku ulic robi centrum turystyczne. Można mieć poczucie, że to jest sztuczne. Ale potem, jadąc przez wsie widać, że kobiety noszą takie ubrania i ozdoby, jak we wcześniej odwiedzanej pracowni, a podczas ludowego spektaklu używane są dokładnie takie instrumenty, jakich produkcji się przyglądaliśmy.

Sanjiang_uczta

Wreszcie występy. Im mniej znana miejscowość tym większa autentyczność. Podczas pobytu w Guangxi oglądaliśmy dwa, jeden w małej wsi, na zbudowanej między domami scenie, z udziałem amatorów, bardzo autentyczny. Była lokalna legenda, muzyka, stroje i taniec. Wieś jest uboga i rolnicza, dopiero co otwarto hotel (z ogrzewaniem, czyli klimatyzacją) i byliśmy ponoć pierwszą lub jedną z pierwszych zagranicznych grup, które zdecydowano się tam zawieźć. Trzy minuty spaceru drogą (asfalt to kwestia ostatnich kilku lat) i jest się wśród pól ryżowych i stawów.

Drugi z występów był w stolicy powiatu, na dużej scenie w amfiteatrze, z udziałem profesjonalistów, efektami dźwiękowymi i świetlnymi, a nawet z grającą w opowieści istotną rolę rzeczką, którą pływały łódki z aktorami. Bo turystyka jest tu motorem napędowym rozwoju, więc się w nią potężnie inwestuje. Dostaliśmy przewodniki z lokalnymi atrakcjami (po angielsku!), jakich gdzie indziej nie widziałam. Same atrakcje rzadko mają opisy angielskie, a szkoda, bo okolica, zamieszkana m.in. przez mniejszość Dong, charakteryzuje się ciekawą architekturą, domami jak na zdjęciu wyżej i zabudowanymi mostami, ma też niewielkie, ale ciekawe muzeum etnograficzne poświęcone wyłącznie zwyczajom, językowi i kulturze Dong.

Rongshui_kobiety

Takie wykorzystanie kultury ludowej mi się podoba. Ktoś może narzekać, że to instrumentalne traktowanie mniejszości i ich tradycji, ale trzeba to widzieć w szerszym kontekście. Po latach ignorowania czy wręcz tłumienia, różnorodność etniczna jest doceniana (z wyjątkiem Tybetu i Xinjiangu, ale to temat do zupełnie innych rozważań), choć oczywiście trudno nie widzieć w tym politycznego celu. Ale tworzenie spółdzielni, wspieranie zespołów ludowych, organizacja występów służy jednak podtrzymywaniu tradycji, która w przeciwnym razie mogłaby zaniknąć. I jakkolwiek krytycznie by patrzeć na centralne planowanie i inne cechy chińskiego systemu, sytuacja materialna ubogich regionów i społeczności się poprawia. A że efektem będzie napływ turystów? Miejscowi widzą w tym korzyści - miejsca pracy w budownictwie, hotelarstwie, gastronomii i usługach. Czy nie zadepczą uroczych pól herbacianych nad Sanjiang to już inna historia. Powiedziano nam, że w 2016 roku 440-tysięczny powiat odwiedziło 8 mln turystów. Sąsiedni - Guilin, jedno z najbardziej znanych miejsc w Chinach - 40 mln. Sanjiang marzy o takich wynikach.

Oczywiście teraz wielkim atutem takich miejsc jest autentyczność, naturalna gościnność i choć tamtejsi tancerze nie koniecznie ruszają się pod linijkę, a śpiewakom czasem zadrży głos, to sympatycznie się to ogląda.. Ale niewiele trzeba, żeby zaszkodzić i przegiąć. Trzymając się tematu występów: pewnie niektórym obiło się o uszy nazwisko Zhang Yimou, fotografika, ale przede wszystkim reżysera (Czerwone Sorgo, Zawieście czerwone latarnie). Oprócz filmów Zhang ma w swoim dorobku wyreżyserowanie licznych widowisk, opartych na lokalnych legendach i zwyczajach, a ulokowanych w najbardziej znanych turystycznie miejscach Chin.

Do Sanjiang Zhang Yimou na szczęście jeszcze nie trafił. W jego wysokobudżetowych spektaklach wszystko jest profesjonalne i z rozmachem. Widziałam trzy jego produkcje, w Yangshuo (obok Guilin), Lijiang i Hangzhou. Yangshuo ma naturalną scenę na rzece, podświetlone skały, rybaków tradycyjnie łowiących z kormoranami. Oczywiście spektakl jest atrakcją masową (widownia na 2-3 tysiące) i trąci kiczem, ale jest jakaś lokalnie osadzona historia (według schematu on ją kocha, ona go nie chce, potem zmienia zdanie, ale zły ojciec staje im na drodze, on idzie na wojnę i dowodzi męstwa na polu bitwy, ale to za późno, bo ona wyszła za innego albo rzuciła się ze zgryzoty do pobliskiej rzeki itd, itp), a kilkuset tancerzy naraz czy setka wypływających harmonijnie rybaków robią wrażenie. Ale kudy temu kiczowi do kiczu Lijiangu i Hangzhou! Oglądałam w tej kolejności, więc naprawdę nie byłam uprzedzona. W Lijiang przedstawienie jest w zamkniętej przestrzeni, w środku lunaparku i obok lokalnej historii (jest prawdziwa burza i chodzenie po wiszącym drewnianym mostku ze stadem żywych osłów), ale dodano już do niego pokazy akrobatyczne i emitowany przed spektaklem wywiad rzekę z Zhangiem, W Hangzhou sceną jest Jezioro Zachodnie, które jest perłą pereł chińskiej turystyki i przedstawienie także miało być perłą w koronie dokonań Zhang Yimou. Może oryginalnie było, ale niestety w 2016 roku Hangzhou gościło szczyt G-20 i na tę okazję umiędzynarodowiono przedstawienie. Teraz jest jakiś lokalny wątek, ale przytłoczony fragmentem Jeziora Łabędziego w wykonaniu dwóch prawdziwych i 20 hologramowych tancerek, Odą do Radości na tle tęczowego hologramu i pieśnią o miłości ojczyzny wykonaną w estetyce rewolucji kulturalnej. Technika robi wrażenie, ale umówmy się, nie o technikę tu chodzi.

 Hangzhou_hologram

Hangzhou_scena

Może też być tak źle jak w skansenie w wiosce opodal Dali. Smutni ludzie na nijakiej scenie, zmuszeni chyba do wykonywania ludowych pieśni, do tego opowieść, prowadzona jedynie po chińsku z lokalnym akcentem, o zwyczajach miejscowych i roli odgrywanej w nich przez herbatę, degustacja tejże, ale to wszystko było takie smętne i bez sensu. Przy takim potencjale regionu wielka szkoda, a jeszcze do tego drogi bilet i mało ciekawe wnętrza oraz szczątkowy sklep z brzydkimi pamiątkami. To jest miejsce, które zrekompensowaliśmy sobie wizytą na targu i zakupami chilli, o czym pisałam przy okazji Yunnanu.

 Xizhou_skansen

Generalnie jednak Chińczycy coraz lepiej radzą sobie z wykorzystaniem kultury i tradycji jako narzędzia budowania swojego wizerunku. Ich soft power jest potężna, choć sami tego tak nie nazywają. Do tego dochodzi tradycyjna medycyna, która trafia na Zachodzie na podatny grunt i moda na Chiny, co widać w popularnym wśród polityków i gwiazd trendzie uczenia chińskiego swoich dzieci, które następnie prezentuje się odwiedzanym lub odwiedzającym Chińczykom (pamiętacie wnuczkę Trumpa z komórki?). Widzę też, że stosunkowo szybko zaczęli rozumieć, że tradycja i historia jest atutem, który może współistnieć z budową nowoczesnej infrastruktury, wzrostem PKB opartym o innowacje i elektrycznymi samochodami. Trzy lata temu podczas jednej z delegacji musiałam domagać się wizyty w lokalnym muzeum a nie na nowych, pustych terenach targowych ("bo one są takie nowe i piękne"). Dziś prawdopodobnie zmieszczono by w programie oba punkty. Oraz obowiązkowo - wieczorny rejs rzeką i podziwianie podświetlonych pagód.

 Liuzhou_wodospad

 

Dalej w Yunnan

jeanpaget

Jako się rzekło, po powrocie z trekkingu w Wąwozie Skaczącego Tygrysa spędziliśmy chwilę w Lijiang. Jest to trochę miasteczko wydmuszka, ale zachowało jednak sporo autentyczności, kicz nie powala od pierwszej minuty, jest sporo restauracji i straganów z miejscowym jedzeniem (z dużym udziałem mięsa jaka i szynki). Jest to szynka typu serrano, suszona i potem krojona z nogi. O ile wieprzowina jest w Chinach jedzona dość powszechnie, o tyle szynki występują w Yunnanie właśnie i w Tybecie, co oczywiście jest uzasadnione klimatem i koniecznością przechowywania żywności w zimie. Zainteresowanym tematem szynki i szerzej Yunnanu polecam znakomitą książkę autorstwa Zhang Mei "Travels trough Dali with the leg of ham". Przeczytałam ją przed podróżą tam i teraz powinnam zrobić to ponownie, znając już miejsca, o których pisze. Zhang Mei organizuje też wyprawy po Yunnanie dla koneserów, szlakami jedzenia m.in. Jak będę miała 10 tysięcy dolarów, na których przepuszczenie zabraknie mi pomysłu, to oferta wyprawy z Zhang Mei będzie jak znalazł.

 Yunnan_ham_cheese1

Plan urbanistyczny Lijiangu jest oryginalny, podobnie jak większość zabudowy i naprawdę można się tam zgubić. Stare miasto (dla pewności ogrodzone i odznaczające się od reszty) jest naprawdę spore i kiedy odejdzie się od głównych dwóch-trzech ulic potrafi pokazać urokliwe oblicze. Jak wtedy, gdy oddalając się od centrum trafiliśmy na warsztat parasolek albo sklepik z autentyczną etniczną biżuterią, jakich już potem nigdzie nie spotkaliśmy. Mieliśmy szczęście widzieć Lijiang o świcie, bez ludzi, a pozytywne uczucia względem niego są też chyba efektem bardzo sympatycznego przyjęcia w zorganizowanym w starym, drewnianym domu hoteliku, prowadzonym przez rodzinę z Tajwanu. Córka właścicieli jest urodzoną hotelarką, gościnną, precyzyjną w informacjach, wczuwająca się w różne potrzeby i chyba nigdy nie chodzącą spać. Ilekroć wystawialiśmy głowę na patio, ona tam była, chyba że akurat szła odbierać z bramy kolejną grupę zagubionych turystów.

Lijiang_motor

Wkoło Lijiang jest sporo wiosek ze starymi świątyniami, oryginalną zabudową, nieco mniej oryginalnymi parkami itp. Są miejsca budowane na, jak głosi podanie, dawnych kurhanach i ołtarzach religii miejscowych, animistycznych, oparty na lokalnych legendach, w których dużą rolę odgrywają rozmaite duchy i bogowie odpowiadający za żywioły i łaskę bądź niełaskę natury. W sumie nic nowego, ale ciekawe, że działalność taka jest aktywnie wspierana przez władze lokalne, a wybudowane parę lat temu skanseny? parki tematyczne? upamiętnienia? są wpisywane na listę miejscowych zabytków i miejsc wartych odwiedzenia. Lepiej tak niż wcale, ale do kwestii pielęgnowania zwyczajów, robienia z nich atrakcji turystycznych i walki z własnymi (chińskimi) paradoksami odniosę się odrębnie, bo ostatnich kilka miesięcy obfitowało dla mnie w rozmaite doświadczenia etnograficzno-antropologiczne.

Baisha_wejscie

W każdym razie jeden dzień poświęciliśmy na objechanie okolicy, co wywołało w nas mieszane uczucia, ze względów jak wyżej, ale mogliśmy zobaczyć nie tylko odtwarzanie starego obrazkowego pisma i produkcję wina ryżowego, ale też znaleźć się na planie filmu z okresu pierwszej republiki lub wojny domowej. Nie skorzystaliśmy z możliwości przejażdżki konno po wąskich ulicach, ale za to w miejscowej restauracji (poleconej przez naszą gospodynię z Lijiang) zjedliśmy fantastyczną żółtą zupę z dyni, kukurydzy i kurczaka zagrodowego. Zupa jest, jak dowiedziono, do odtworzenia w warunkach polskich.

 Baisha_film

 Baisha_kobieta_z_tel

Tak, tak, takie rzeczy na chińskiej wsi. Przy czym o ile chłopcy są w kostiumach (biorąc pod uwagę tysiące filmów o wojnie, które się produkuje co roku w Chinach - wystarczy włączyć dowolny kanał telewizyjny - biznes polegający na produkcji mundurów z epoki musi istotnie przyczyniać się do wzrostu PKB), o tyle pani obok jest ubrana tak, jak i dzisiaj miejscowe kobiety się ubierają. Tylko te welurowe buciki chyba jej sprezentowano, bo normalnie byłaby raczej w kaloszach albo plastikowych klapkach.

Najciekawszą z tych miejscowości jest chyba Baisha, a w niej pracownia, w której dziewczęta wyszywają obrazki. Ale jak wyszywają! Nazywa się to Mu's Family Embroidery School, gdzie pielęgnuje się umiejętność tworzenia prawdziwych dzieł sztuki jedwabną nitką. Są tam i portrety, i Bodhisattva, i zwierzęta wyglądające jak na zdjęciach, i wzory spotykane na thangka, tylko wyszyte a nie namalowane. Oprócz tego obowiązkowe wachlarze, wazony, drzewa itd. Ceny wahają się od ok. 1000 do kilkuset tysięcy yuanów. W środku, co zrozumiałe, nie wolno robić zdjęć. Szkoła (i sklep), co z kolei zupełnie niezrozumiałe i w zasadzie nie do uwierzenia, nie ma profilu na WeChat. Znalezienie ich w internecie jest niemal niemożliwe. Świadczy to, moim zdaniem, o tym, że bardziej niż na przyciąganiu tłumów zależy im na kultywowaniu lokalnej sztuki i kontakcie jedynie z tymi, których to interesuje i się postarają. Jeśli myślałabym o jakichś poważniejszych zakupach sztuki chińskiej, to wyszywane cuda z Baisha byłyby na czele stawki.

Baisha_karpie

A potem pojechaliśmy do Shaxi. Leżąca między Lijiang a Dali miejscowość jest unikatem. Niezadeptana, wymagająca pewnego minimalnego wysiłku logistycznego, aby tam dotrzeć. Trzeba się przesiąść w Jianchuan, ale jeśli się jest bladolicą turystą, zostanie się natychmiast wyłapanym przez kierowcę busika; jeszcze dobrze nie postawiłam stopy na dworcu, a on już tam był, pytając, gdzie są te trzy osoby jadące do Shaxi. Trzy osoby zostały sprawnie zapakowane do busa w towarzystwie kojca z kurczakami, aprowizacji z metropolii dla całego klanu, paru bezzębnych staruszek (możliwe, że moich rówieśniczek) i ku generalnej obojętności. Po 40 minutach zostaliśmy wyrzuceni na krzyżówce, aby następnie w plątaninie uliczek odnaleźć nasz hotelik, w którym chwilowo nie było laobana, czyli właściciela, a zamiatająca podwórze kobieta wprowadziła nas do pokoju, odmawiając choćby zerknięcia w rezerwację, o obejrzeniu naszych paszportów nie wspominając. Był to kolejny nocleg w starym domu, oprócz nas była rozdzielona na dwa pokoje chińska rodzina, śniadań się nie podaje, ale można wypić lokalny bimber na patio, jak właściciel w końcu przyjdzie.

hotel_Shaxi

Shaxi było ważnym przystankiem na herbaciano-końskim szlaku (Tea Horse Trade Route), zostało odkryte na nowo stosunkowo niedawno, z dużym udziałem Szwajcarów, dzięki którym (co obrazuje m.in. wystawa dot. renowacji miasteczka w starej świątyni Xingjiao) restauracja drewnianej architektury odbyła się zgodnie z zasadami sztuki. Dotyczyło to samej świątyni, stojącego naprzeciw niej teatru i niektórych budynków na rynku i wzdłuż głównej ulicy. Rzecz działa się w czasach, gdy o zrównoważonej renowacji z poszanowaniem oryginalnej substancji mało kto w Chinach myślał i tylko splotowi niezwykle korzystnych okoliczności i znalezieniu lokalnych pasjonatów miasteczko zawdzięcza dzisiejszy wygląd. Taki sposób restauracji dopiero niedawno, bo w przyjętym pod koniec 2016 r. 13-tym planie pięcioletnim, został uznany za właściwy i podstawowy. Wzdłuż miasteczka płynie rzeka, której brzegi są w tej chwili pieczołowicie aranżowane, aby stały się spacerowym bulwarem, dokoła są pola kukurydzy, a w okolicy kilka poukrywanych tajemnic, jak świątynia, o której gdzieś się doczytałam i którą ledwo, ledwo udało nam się znaleźć, zaniedbana i pilnowana przez parę staruszków. Jeśli ktoś się podejmie renowacji, będzie cudo, na razie trzeba przedrzeć się przez chaszcze, ale warto, opiekun przychodzi z kluczami i pokazuje wnętrze i drewniane płaskorzeźby na drzwiach, opowiadając o nich, niestety komunikacja łatwa nie jest, bo mówi po mandaryńsku z bardzo silnymi miejscowymi naleciałościami. Nie ma jednak co gadać, trzeba patrzeć, póki jest. Obok świątyni był kiedyś, założony w ramach projektu studenta z Uniwersytetu w Bazylei, ogród zielarski, ale projekt się skończył, student wyjechał i ogród szlag trafił. W każdym razie jak jechać do Shaxi, to szybko, na wypadek, gdyby jednak zdecydowano się zrobić z niego kolejny lunapark.

Shaxi_rynek

Shaxi_plaskorzezba

Shaxi_rzeka

Eh, rozmarzyłam się wspominając Shaxi. Ostatnio pojechali tam, za moją rekomendacją, znajomi Brytyjczycy, spędzili na miejscu kilka dni i byli zachwyceni. Ja mogę tylko żałować, że byliśmy tam tak krótko, no ale celem naszym było zobaczenie jak najszerszego spektrum, a nie przesiadywanie w jednym miejscu i wpatrywanie się w nurt rzeki, choć właściwie czemu nie.

Z Shaxi, znów przez Jianchun, dotarliśmy do Dali. Uchodzące za jedną z pereł Chin miasto jest klasycznym przykładem, jak można zabić autentyczność, zrobić z sympatycznego ponoć jeszcze niedawno miejsca supermarket w parterze rozpostarty na kilku kilometrach kwadratowych. Za główną atrakcję i znak rozpoznawczy Dali uchodzą trzy pagody, które, zwłaszcza główna, wyglądają, jakby murarze zeszli wczoraj z rusztowania. Do liczących sobie ponad 1000 lat pagód, gdyby komuś było mało, dobudowano w ostatnich latach cały kompleks ni to muzealny, ni to świątynny, z gigantycznym Buddą. Completely forgettable, mówi Rough Guide i nie sposób się z nim nie zgodzić.

 Dali_pagoda

Z Dali, gdzie nasz hotel był dla odmiany w nowym budynku, elegancki, estetyczny, czyściutki, pojechaliśmy nad Erhai, wielkie jezioro, i do kilku wiosek-miasteczek, z których najciekawsze było chyba Xizhou ze względu na lokalny targ (o, jakie dobre chilli tam kupiłyśmy!), do zatrzymania się przy którym musieliśmy usilnie namawiać naszego kierowcę. Nie mógł chłop pojąć, po co nam targ, skoro jest takie fantastyczne centrum kultury ludowej, za wejście do którego płaci się jak za zboże i które jest tego absolutnie i całkowicie niewarte.

Lokalną ludność można zobaczyć w zupełnie naturalnych okolicznościach, połazić między straganami, spróbować chilli, tofu na milion sposobów, dojść do wniosku, że są rzeczy, których nie pokazywano w internetach i że dlatego właśnie warto podróżować i starać się choć czasem zejść z utartego szlaku. Yunnan daje takie możliwości. Ze wszystkich dotychczas odwiedzonych regionów Chin najbardziej przypadł mi do gustu (przepraszam, Guangxi, Ciebie też naprawdę lubię!), choć nie widziałam jeszcze nawet połowy i południowy zachód czeka.

 Erhai_kobieta_na_motorze

© Pewnego razu w Chinach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci