Menu

Pewnego razu w Chinach

Mówią, że po trzech tygodniach w Chinach piszesz książkę, po trzech miesiącach artykuł, a po trzech latach pochylasz głowę z pokora wobec własnej niewiedzy i uczysz się dalej. Gdzie na tej skali mieści się blog?

Dynamika zmiany level PRC

jeanpaget

Już się obawiałam, że całkiem zniknęła. Nie byłoby w tym w końcu nic dziwnego. Znikają sklepikarze, znikają całe domy, dlaczego nie miałaby zniknąć sprzedawczyni pietruszki na garażowym stoisku. Nasza dzielnica uczestniczy w pilotażowym planie rewitalizacji, odpicowywane są kolejne domy i uliczki, więc handlujący mrożonkami, kurzymi łapkami i plastikowymi miednicami mogą po prostu nie pasować do koncepcji. Na przełomie roku otwarto dla zwiedzających wybudowany wśród slamsów kompleks muzeum opery kantońskiej. Poza samym miejscem (kiedyś tam była opera) wszystko tam jest nowe, najwyższej próby klasyczna architektura lokalna, elegancki ogród, eleganckie muzeum, sale koncertowe, w podziemiach parking na kilkaset samochodów. Obiekt z jednej strony ma zniszczone, częściowo opuszczone domy, z drugiej bloki, będące godną reprezentacją stylu wczesnych lat 90. Jak się dobrze wykadruje, to można uchwycić trzy epoki. O, tak jak tu, choć najbardziej zdegradowane i opuszczone domki są niewidoczne, bardziej po prawej:

opera1

Zaraz obok zdarzyło się natomiast coś zaskakującego. Zrewitalizowano starą uliczkę, zachowując część oryginalnej konstrukcji, co więcej, pokazano zakres prac i renowacji na zdjęciach wyeksponowanych na murze. Zrobiło się tam bardzo elegancko, otwarto małe kafejki z vintage'owymi włoskimi ekspresami i restaurację serwującą dania z ziemniaka na 100 sposobów. Są też weekendowe targi rękodzieła, warsztaty, dom przodków Bruce'a Lee (nigdy tu nie mieszkali), generalnie jest nieco hipstersko, ale stylowo. Przy okazji konferencji o rewitalizacji dowiedziałam się od architektów, którzy pracowali przy tym projekcie, że to pierwsza i pilotażowa taka realizacja w Kantonie. Taka, to znaczy odchodząca od zasady, że najpierw się wszystko burzy, a potem odbudowuje od zera, z nowych materiałów, unowocześniając gdzie się da. Okazuje się, ku radości urbanistów, historyków i architektów, że już można, bo taki sposób rewitalizacji został zadekretowany w 13. planie 5-letnim. I jak tu nie wierzyć w moc centralnego planowania.

 lampiony2

A wczoraj poszłam na zakupy do naszego dzielnicowego malla. Samo w sobie nie jest to szczególnym wydarzeniem, ale mogłam zaobserwować jak zmienia się asortyment i wyposażenie sklepu wraz z gentryfikacją (no, to może trochę na wyrost powiedziane) okolicy i oddaniem do użytku nowego kompleksu apartamentowców po przeciwnej stronie ulicy. Mamy tu spory sklep, głównie spożywczy, chemia, drobne AGD, hongkońskiej sieci Park'n'Shop. Od zwykłego spożywczego odróżnia go obecność importowanych produktów, których w dodatku jest coraz więcej. Z bardziej zawodowej niż konsumenckiej ciekawości śledzę ten trend w moim małym laboratorium, jakim jest ten stosunkowo często odwiedzany P'n'S i tak, polskie produkty też tam są, od tej wiosny jabłka, wcześniej herbaty (w Polsce konfencjonuje się chińską, ale przede wszystkim indyjską i lankijską czarną herbatę na rynki światowe), plastikowe serki z polskiej fabryki President. W sklepie tej samej sieci, ale z wyższej półki (obecnym w takich bardziej eleganckich mallach w centrum) są już niemal wyłącznie produkty importowane. Chińczycy uwielbiają swoje jedzenie i swoją kuchnię, prawie nie jedzą w domu, ale kiedy przychodzi do zakupów są wybredni i większe zaufanie okazują importowanemu mleku (zwłaszcza w proszku), słodyczom, coraz częściej też owocom i warzywom. Poza tym zwłaszcza tu na południu, tradycyjnie otwartym na świat i gotowym na próbowanie nowości na tyle, na ile Chińczyk w ogóle może być na to gotowy, rośnie zainteresowanie importowaną żywnością.

Wraz ze zmianą asortymentu przyszło też przemeblowanie sklepu, jakiś pomysłowy manago pozamieniał wszystkie działy tak, że przez najbliższe tygodnie będziemy szukać, co gdzie jest tym razem. Zmieniła się też ekspozycja, warzywa, poukładane dotychczas w porządne skrzynki na prostokątnych, pojemnych straganach, zwisają malowniczo z porozrzucanych tu i ówdzie wysepek. Ja akurat zakupy warzywne i tak ograniczam tam do rzeczy niedostępnych na targu, takich jak choćby biała cebula (na targu jest tylko fioletowa) czy rzodkiewka (na targu - wyłącznie długa, biała rzodkiew luobo czyli daikon).

Ale to jeszcze nic. There are nine million bicycles in Beijing, śpiewała dekadę temu Katie Melua, choć wówczas całe Chiny ekstatycznie rzucały się na samochody, zapominając o jednośladach. Kiedy tu przyjechałam, owszem, ludzie jeździli na rowerach, najczęściej starsi ludzie, na starszych, wysłużonych rowerach. Młodzież natomiast... hm, no właśnie, co robiła młodzież? Jesienią ubiegłego roku nagle uruchomiono rowery miejskie. Niemal równocześnie weszły cztery firmy z aplikacjami do obsługi rowerów i pojawiły się setki tysięcy pojazdów w różnych kolorach. I nagle, z dnia na dzień, wszyscy wsiedli na rowery. Opłaty są symboliczne, zazwyczaj yuan czyli 60 groszy za pół godziny lub godzinę. Zrobiono to w bardzo chiński sposób: puszczono wszystko na żywioł, nie tworząc ograniczeń, nie budując ścieżek ani nie wyznaczając parkingów. Teraz natomiast pojawiają się już pomysły, gdzie przyciąć i jak ukrócić nadużycia, bo stosy rowerów rzuconych na poboczu są częstym widokiem. Ale zupełnie zmieniło to sposób spędzania czasu i poruszania się po mieście. Kiedyś w sobotę późnym wieczorem, nie chcąc łapać ostatniego autobusu i przesiadać się dwa razy, po wyjściu z teatru zlokalizowałam najbliższy rower sieci, w której mam konto, wsiadłam i przeciskając się przez tłum nad rzeką dojechałam do domu. Kiedy o 23 zaparkowałam przy bramie, pilnujący nas wartownicy mało nie powypadali ze swoich budek.

Wprawdzie idea ścieżek nie przyjęła się przesadnie, jest ich mało, a po tych, które są, łażą ludzie i jeżdżą motorki, ale grzechem byłoby narzekać. I zaprawdę powiadam Wam, nie mam pojęcia, jak to wyglądało wcześniej bez rowerów.

rowery

A płaci się za to wszystko WeChatem. Niemal wszystko inne także robi się WeChatem. Nieposiadanie konta WeChat równa się wykluczeniu towarzyskiemu, informacyjnemu i praktycznemu. Wyjściowo (czyli ze trzy lata temu...) WeChat był komunikatorem, takim chińskim Facebookiem. Ale nawet jeśli fb był inspiracją, jak to zwykle bywa w Chinach, efekt został udoskonalony i jest o generację bardziej zaawansowany. WeChat łączy w sobie cechy fb (można zawieszać swoje posty, zdjęcia, wrzucać artykuły, ludzie je mogą polubić albo skomentować), WhatsAppa lub Messengera (komunikacja w czasie rzeczywistym lub wysyłanie wiadomości), twittera (choć do tego raczej służy weibo), blika, czy jak tam się nazywa elektroniczny portfel itd. Jednocześnie nie można podejrzeć, jakich nasi znajomi mają znajomych (widać tylko komentarze umieszczane przez wspólnych znajomych), można łatwo ukryć chwile zarówno swoje, jak i znajomych, zwłaszcza jeśli mają skłonności do informowania, że wstali i zjedli na śniadanie jajko sadzone. Można korzystać z wielu aplikacji nie instalując ich. Wszystkie sklepy internetowe mają wersje mobilne.

Prawdziwy przełom przyszedł jednak wraz z elektronicznym portfelem. Trzeba w tym celu podpiąć kartę bankową, ale potem można już wszystko, od płacenia za wypożyczenie roweru przez zakupy wszędzie, po transfery między ludźmi. Jest też oczywiście opcja wysyłania hongbao, czerwonych kopert, ale aby chcieć z tego korzystać i czerpać radość trzeba jednak być Chińczykiem. Można zasilać sobie telefon, kupować bilety na metro. Niezbędny jest przy tym zdrowy rozsądek, czyli nietrzymanie na karcie wszystkich swoich oszczędności, a jedynie kwoty na bieżące wydatki. Chińczycy są pomysłowi na każdym polu i oszustwa oraz kradzieże WeChatowych pieniędzy się zdarzają. Dla mnie jednak, oprócz praktycznego wymiaru, przeciekawe jest oglądać tempo tych zmian. W tej chwili już prawie nikt nie używa kart, a gotówki też coraz rzadziej. Oczywiście jest też We Chat fantastycznym narzędziem śledzenia społeczeństwa, które poddaje się temu całkowicie dobrowolnie. Historie rozmów z WeChata są zresztą powszechnie już używanym dowodem w sądach.

Wykluczenie cyfrowe? Oczywiście, tak jak oczywiste są ogromne dysproporcje między miastem a wsią, między południowym wschodem a północnym (i południowym) zachodem kraju. Nieco ponad połowa Chińczyków ma dostęp do internetu i tylu jest użytkowników WeChata.

A kobieta z pietruszką na szczęście wróciła. Następnego dnia znalazłam jej garaż otwarty, wyciągnęłam wiecheć z lodu, zapłaciłam 3 yuany i odeszłam uspokojona (u Araba na Xiaobei za małą tackę musiałabym zapłacić trzy razy tyle). Dynamika dynamiką, a pewne rzeczy powinny pozostać na swoim miejscu.

 

 

"Mówili mi: pojedź...

jeanpaget

...pojedź i zobacz, musisz tam pojechać i zobaczyć. Mówili mi: pojedź, tym bardziej, że możesz, to musi być wspaniałe..."

No dobrze, powiedziałam, pojadę i zobaczę. Birma. Mjanma(r). Królestwo czterech milionów pagód (i jakichś czterech miliardów buddów).

Bagan

Wyjazd do Birmy planowaliśmy od kilku lat, a raczej rozmawialiśmy o tym, że należy tam w miarę szybko pojechać (zgodnie z naszą starą zasadą "jedźmy dokądś, albo przynajmniej rozmawiajmy o tym, że dokądś jedziemy"), bo wieść gminna niesie, że wraz ze złagodzeniem reżimu ruszyły odkrywać Bagan i Mandalay hordy turystów, a Birma zadeptana i drogo.

Fakt, że zabrałam się do tworzenia tego wpisu półtora miesiąca po powrocie wynika w głównej mierze z nawału roboty, ale także z mieszanych uczuć, z jakimi wróciłam z Birmy (i tej nazwy będę używać, ze świadomością jej nieco zawężającego etnicznie znaczenia).

Po pierwsze zatem, o żadnych hordach turystów (na szczęście) mowy nie ma. Byliśmy w wysokim sezonie, nie najwyższym, ale w porze suchej i w lutym, więc zakładam, że obserwacje co do napływu turystów i kondycji rynku usług turystycznych są jakoś miarodajne. Owszem, w Rangunie można spotkać pojedynczych zwiedzających, a nawet całe wycieczki (także polską), sporo ludzi w Bagan i nad Inle, ale w końcu są to punkty obowiązkowe (czy zasłużenie to osobna kwestia). Kiedy zjechaliśmy na południe (Hpa-An, Mawlamyine) widok turysty był bardzo rzadki. Zakładam, że jeśli już ktoś jedzie do Birmy, to robi to świadomie, a nie dlatego, że to jakiś kraj w Azji Południowo-Wschodniej. Ewentualnie jedzie, bo to ostatni kraj APW, w którym nie był.

 chlopcy_z_pilka

Po drugie właśnie, nie doradzałabym wyjazdu do Birmy jako pierwszego odwiedzanego w regionie kraju. Inna sprawa, że Tajlandii też bym w tym celu nie polecała, bo jak się źle trafi, to można się zniechęcić.

Po trzecie, żeby docenić skalę zmian i otwarcia Birmy w ciągu ostatnich kilku lat, należy wyjazd poprzedzić lekturą. Przydaje się ona oczywiście też, żeby zrozumieć z grubsza, na co patrzymy. Jeśli tak się zdarzyło, że ktoś nie zdążył przed, albo nie miał możliwości kupienia książek, może to niedopatrzenie bardzo szybko nadrobić, idąc na Pansodan Street po wschodniej stronie budynku Sekretariatu. Tam trwa permanentny kiermasz książek, w tym anglojęzycznych i dostać można każdą wydaną w ostatnich latach pozycję na temat historii Birmy. W cenach 5-krotnie niższych niż w księgarni, bo gros sprzedawanych publikacji to bardzo dobrze zrobione kopie. Original copy, jak by powiedzieli w Chinach. W ten sposób weszłam w posiadanie "Finding George Orwell in Burma" Emmy Larkin. Przeczytanie wcześniej "Birmańskich dni" Orwella pomaga, ale nie jest konieczne, bo Larkin wyprawę jego śladami traktuje jako pretekst do pokazania współczesności Birmy - współczesności sprzed jakichś 10-15 lat. Przy czym same "Birmańskie dni", książka, za przeproszeniem, kultowa dla rozliczania kolonialnej przeszłości Wielkiej Brytanii, są też godne poznania. Poza tym przeczytałam "Burma Spring" Rosalind Russell, dziennikarki, która obserwowała i opisywała zarówno "szafranową rewolucję", jak i początek przemian systemowych. Jeszcze w ubiegły roku natomiast sięgnęłam po "The Emperor Far Away" Davida Eimera, "Cyklon" Andrzeja Muszyńskiego i "Birma. Królowie i generałowie" Grzegorza Torzeckiego, o których pisałam w literackim podsumowaniu roku, więc nie będę tu powtarzać opinii o nich.

Sekretariat

Ustaliwszy trasę naszej podróży po Birmie nawiązałam kontakt z polecanym przez znajomych przewodnikiem, który miał nam pomóc poznać miejsca niekoniecznie najpopularniejsze i trochę trudniej dostępne niż Bagan. W końcu nie mieliśmy okazji skorzystać z jego usług, bo miał zabukowane terminy trekingów i wyjazdów z innymi grupami, a nie byliśmy też zainteresowani pełnym pakietem, jako że zdolność kupowania biletów lotniczych i rezerwacji noclegów za pomocą internetu posiedliśmy już jakiś czas temu. Piszę to jednak, aby poinformować, że nie ma problemu ze znalezieniem miejscowych biur podróży z mówiącymi po angielsku pracownikami, gotowymi przygotować całą trasę, dokonać wszystkich rezerwacji i towarzyszyć przez cały pobyt. Jeśli ktoś lubi taki sposób zwiedzania - da się.

My jednak, po dwóch (dla mnie czterech) dniach w Rangunie wybraliśmy się najpierw do Bagan, potem nad Inle, aby stamtąd wrócić do Rangunu (wszystkie transfery samolotem) i już z pomocą lokalnego organizatora zjechać nieco na południe, gdyż samochód jest najwygodniejszym i najszybszym sposobem dotarcia do Mawlamyine i do Golden Rock Pagoda, będącej jednym z najświętszych buddyjskich miejsc kultu na świecie.

 Hpaan_dziewczyna

Święte buddyjskie miejsca to leitmotiv podróży po Birmie. Zastrzegam przy tym, że nie planowaliśmy i nie wybraliśmy się na północ, na trekking do dżungli, co jest możliwe i zapewne wtedy liczba posągów Buddy na metr kwadratowy drastycznie spada. Ale nie, zaplanowaliśmy trasę raczej konserwatywnie, w dodatku świadomie rezygnując z Mandalay. Czy słusznie, dowiem się, jeśli tam kiedyś pojadę.

Rangun jest sporym miastem, rozciągniętym na północ od rzeki o tej samej nazwie, mieszczącym w sobie zarówno po-brytyjską architekturę centrum, z odnowionym właśnie ratuszem, budynkami banków i urzędów oraz przechodzącym restaurację dużym kompleksem Sekretariatu, dawnej siedziby gubernatora. Na zachód od centrum jest najpierw dzielnica indyjska, potem Chinatown. W okolicach dworca kolejowego natomiast natkniemy się na dzielnicę muzułmańską. 10 minutowa podróż promem z Pansodan Jetty przenosi nas do Dalla (Dalah), ubogiego przedmieścia z wioską domków z dykty, gliny i liści, która wciąż nie odbudowała się po uderzeniu cyklonu Nargis w 2008 roku. Krótka, popołudniowa wycieczka do Dalla była dla mnie jednym z najciekawszych i przejmujących punktów pobytu w Birmie.

Dalla1

Dalla2

To, co wyraźnie widać w odwiedzanych przez nas miejscach to dynamiczny rozwój. Częściowa zmiana reżimu po wyborach 2015 r. (której skala i głębokość jest wciąż przedmiotem dyskusji), wywołana do pewnego stopnia przez skutki i międzynarodową reakcję na Nargis, spowodowała otwarcie kraju, wpuszczenie zagranicznych inwestorów i odczuwalną poprawę warunków życia. Birma stała się po raz kolejny w historii bardziej przedmiotem niż podmiotem politycznej gry, przede wszystkim Chin i USA. Zdecydowała się, jak dziś się wydaje, nie opowiadać w sposób zdecydowany po żadnej ze stron, choć oczywiście bliskość Chin daje im nieco bardziej uprzywilejowaną pozycję. Jednak zbyt gwałtowne posunięcia, np. związane z budową tam i eksploatacją złóż naturalnych, usztywniły stanowisko Birmy wobec potężnego sąsiada. Oglądając na co dzień w Chinach rozbudowę infrastruktury na gigantyczną skalę, wspomaganą niemal nieograniczonymi środkami, przy wszystkich wynikających z tego pozytywach, mam tylko nadzieję, że Birma będzie umiała wyważyć pomiędzy gwałtownym rozwojem, służącym nadgonieniu wieloletnich zapóźnień a zachowaniem swojej tożsamości i tradycji, o szacunku dla natury nie mówiąc.

mewy

Nie wchodząc tu w polityczne dywagacje na temat relacji pomiędzy Aung San Suu Kyi a armią, rzeczywistego wpływu kierowanej przez nią Narodowej Ligi na rzecz Demokracji na sprawowanie władzy w kraju mimo posiadania miażdżącej większości w obu izbach parlamentu, polityki wobec mniejszości etnicznych poczynając od muzułmańskich Rohingya przez Shanów po Wa, należy podkreślić, że pomimo wyraźnej poprawy sytuacja jest daleka od idealnej, ba, zadowalającej. Wystarczy krótka rozmowa z miejscowymi albo z pracującymi w Birmie ekspatami, żeby uznanie dla zmian i zachwyt nad optymizmem mieszkańców tego kraju został przyćmiony przez liczne niuanse, wątpliwości i posunięcia niewidoczne okiem turysty.

 ulica1

Ale oczywiście świadomość tych niuansów nie zmniejsza radości z faktu, że w każdym convenience store można kupić kartę telefoniczną, która za 3 dolary daje nam tydzień korzystania z internetu i działa lepiej niż większość dostępnych wifi. Kilka lat temu (sięgnijcie po szczegóły do książki Rosalind Russell) kupienie karty nie było w ogóle możliwe, nie było roamingu, a kiedy pojawiła się taka opcja, to kosztowała sto razy więcej niż dzisiaj.

Tym, co odróżnia Birmę od bardziej doświadczonych w przyciąganiu turystów sąsiadów (nawet ubogiej Kambodży), jest niewielki wybór bazy hotelowej i w efekcie dość wysokie ceny noclegów. Przyzwoity hotel to koszt co najmniej 40-50$ za dwójkę. Spaliśmy w przedziale 35 do 65$ i różnica była widoczna. Z kolei po przebudzeniu można pójść do teahouse lub Hindusa na rogu i zjeść śniadanie za dolara lub dwa (kurs $ do kyata w trakcie naszego pobytu to 1:1350, 1:1420 dla euro).

 nalesnik

Rangun daje niezliczone opcje jedzeniowe, od street foodu (samosy, naleśniki z warzywami, szaszłyki) przez kuchnię tajską, chińską i indyjską po eleganckie i ze smakiem urządzone lokale podające znakomite birmańskie jedzenie. W tej ostatniej kategorii na polecenie zasługuje Pansuriya na Bogalayzay Str. i Yangon Tea House na Pansodan. Można tam spróbować sałatki z liśćmi herbaty, z pieczonego bakłażana i z wąkrotki azjatyckiej (pennywort), curry, zupy mohinga i ryb. Oraz herbaty na dwadzieścia sposobów (herbata jest czarna i różni się ilością słodkiego, skondensowanego mleka, które jest do niej dodawane).

 mohinga

Kiedy się miasto opuści jest już gorzej. Wszędzie można ratować się smażonym ryżem, w wielu miejscach są ryby i przynajmniej niektóre sałatki, ale cudów nie należy się spodziewać. Jest dla mnie oczywiste, że jadąc dokądkolwiek próbuję lokalnych potraw, ale w Birmie wybór bywa naprawdę ograniczony, to samo dotyczy jakości. W teahouse jako dodatek do herbaty podawane są wypieki słodkie i słone, głównie różne wariacje na temat samosy i pączków.

Ale od czego są targi. Nawet w Nyaungshwe (baza wypadowa nad Inle), poza tym dość beznadziejnym, targ dawał nieograniczone wprost możliwości, oferując najlepsze awokado jakie w życiu jadłam, papaje, bakłażany, melony, banany i ryżowe ciasteczka. Chodzę teraz po Kantonie i pytam znajomych Chińczyków zajmujących się importem żywności, dlaczego muszę jeść chilijskie i meksykańskie awokado, skoro o wiele od nich lepsze birmańskie są tuż za rogiem. To skomplikowane...

 ciastka_ryzowe

Poza targiem jednak oraz dość sympatyczną szkołą gotowania, wyprawa nad Inle była jak dla mnie pomyłką. Owszem, dzień na jeziorze jest sympatyczny, bo pływa się niedużą łódeczką i ogląda życie dokoła, ale jednocześnie jest to potwornie skomercjalizowane przedsięwzięcie, zakładające obowiązkowe wizyty na targu rękodzieła, w warsztacie wyrobu cygar, srebrnej biżuterii i tkalni szalików (oraz oczywiście w kilku pagodach). Mając tego świadomość (mieliśmy) można to jakoś przeżyć i cieszyć się możliwością obserwacji normalnych ludzi, a nie pozujących do zdjęcia rybaków. Poza tym tkalnia na przykład była ciekawym doświadczeniem (tkanie nici z pędów lotosu), nie mówiąc o możliwości zakupu bardzo pięknych jedwabi, których gdzie indziej nie było. Była też przepiękna świątynia w Insein, z długim na chyba kilometr korytarzem pełnym sprzedawców pamiątek i rozrzuconymi na wzgórzu smukłymi pagodami.

 Insein

Ale zaplanowaliśmy na pobyt nad Inle zbyt dużo czasu (3 dni). Jak się dobrze wstrzeli z przelotami (lotnisko 45 minut jazdy od Nyaungshwe) to wystarczy półtora dnia (dzień na jeziorze i zachód słońca w winnicy). Z kolei 2-3 dni na Bagan to w sam raz, ale więcej nie trzeba. Bagan w ogóle piękny ze swoimi ciągnącymi się po horyzont pagodami i nawet warto wstać rano na wschód słońca. Przy czym największe wrażenie robią balony, które startują razem ze wschodem. Warto połazić albo pojeździć bez specjalnego planu, żeby zobaczyć bardzo różnorodne stylem i wielkością pagody, ale jest to rozrywka dla odpornych, ponieważ poza nimi nic nie ma. Nawet ja, w końcu mieszkając w kraju buddyjskim, uwielbiając spokój świątyń i odwiedzając region regularnie, zdeptawszy tysiące schodów i obejrzawszy niezliczone wyobrażenia Buddy, miałam w Birmie atak buddofobii. Przyczynił się do tego przesyt wizualny oraz zwyczaj wyśpiewywania przez mnichów ich modlitw często przez 24 godziny na dobę (i przez głośnik), co mnie, zazwyczaj zasypiającą w każdych warunkach, kosztowało co najmniej dwie bezsenne noce. Bagan2

Poza tym jednak uroczy jest mimo wszystko luz, z jakim miejscowi podchodzą do majestatu świątyń.  W takim na przykład Shwedagonie, najważniejszym birmańskim kompleksie świątynnym, ludzie odpoczywają, urządzają pikniki, strzelają selfie z mnichami, śpią, gadają przez telefon - po prostu żyją. Równocześnie żarliwie się modlą i do obrzędów podchodzą z pełnym zaangażowaniem.

 Shwedagon1

 Shwedagon2

Rozważywszy za i przeciw zdecydowaliśmy się jechać nie na plaże ale na południe, do Mawlamyine czyli Moulmein (której główna pagoda była ponoć inspiracją dla Kiplinga), Hpa-An i Golden Rock Pagoda czyli do Kyaikhto. Po drodze można domyślić się bliskości tajskiej granicy, bo zmieniają się i twarze wokół, i jedzenie, i kształt pagód oraz wiadomych posągów. Mawlamyine jest uroczym, spokojnym miasteczkiem nad rozlewiskiem, z zachowaną w różnym stanie europejską architekturą (przez dłuższy czas było jedną z najistotniejszych brytyjskich baz) i w zasadzie na tym polega jego urok. Gdyby nie mnich z niedalekiej pagody (tak, to była jedna z tych nocy), mogłoby być znakomicie, choć najbardziej znany hotel Cinderella jest dość psychodelicznym miejscem, w dodatku położonym przy głównej ulicy. Ma natomiast miły ogród, w którym je się śniadania, choć pozostaje dla mnie tajemnicą, jak w takim miejscu (55-65$ za pokój) można podawać soki z kartonu - ale to może moje skrzywienie.

Z Hpa-An pamiętam głównie kolejnego mnicha oraz chińską wycieczkę, która przyjechała do naszego hotelu o 6 rano, przekreślając jakiekolwiek szanse na sen, były też oczywiście ze trzy pagody, w tym jedna w charakterze miejscówki na zachód słońca i tyle. Ale miasteczko jest po drodze do Kyaikhto, gdzie odwiedziliśmy słynną złotą skałę, w zasadzie należałoby powiedzieć, że odbyliśmy tam pielgrzymkę, bo osadzona na kamieniu pagoda ma status sanktuarium. Tłumy buddystów z kraju i ze świata, atrakcją jest sam wyjazd na górę, który odbywa się za pomocą ciężarówek mieszczących na pace około 40 miejsc, co tłumaczy się na 50 pasażerów. Ciężarówka w około półgodziny pokonuje krętą i wąską drogę i jest to jedyny dostępny środek transportu.

 Golden_Rock

Wszystkie dostępne relacje podkreślają otwartość, życzliwość i gościnność Birmańczyków i rzeczywiście pobyt tam to potwierdza, choć nie mogę powiedzieć, aby standard odbiegał od azjatyckiej średniej, przy czym jest to na pewno bardziej szczere niż w Tajlandii, generalizując. Sporo ludzi mówi przyzwoitym angielskim, choć przesadą byłoby twierdzić, że nie ma problemów z komunikacją, zwłaszcza jeśli zboczy się z oczywistego szlaku.

Nie wypróbowaliśmy zachwalanych autobusów długodystansowych, które podobno są wygodne, a na pewno tanie, w przeciwieństwie do powszechnie krytykowanych pociągów, które są tanie, ale niewygodne i których również nie wypróbowaliśmy. Przeloty miejscowe są dość tanie, standard samolotów niezły (zwłaszcza państwowych linii Myanmar National Airlines), lotniska rozwój mają jeszcze przed sobą.

lotnisko

Nie wykluczam powrotu do Birmy i cieszę się, że tam pojechałam, ale nie wiem, czy mogę zakończyć jak zaczęłam, czyli cytatem z "Byłem w Nowym Jorku" Grzegorza Turnaua, i napisać "więc mówię Wam, pojedźcie, postójcie i posiedźcie, bo nie warto nie być w..."

 

Kogut w natarciu czyli Xin Nian Kuai Le!

jeanpaget

Obchodzenie Nowego Roku dwakroć ma swój sens. Można zrewidować noworoczne postanowienia albo podjąć nowe, zamknąć sprawy, które niezakończone prześlizgnęły się przez cezurę końca roku, pooddawać długi, wreszcie cieszyć się z przyjścia nowego, tak po prostu.

To mój trzeci Chiński Nowy Rok czy, jak się też go nazywa, Święto Wiosny. Tym razem dość wcześnie, ale mam wrażenie, że z większym rozmachem. Sami Chińczycy mówią, że powrót do tradycji jest coraz bardziej widoczny. Jest więcej i lepszej jakości dekoracji, pełno ozdób i kwiatów kupowanych na własny użytek, a WeChat pęcznieje od kolejnych wiadomości o tym, co się powinno jeść, czego życzyć i gdzie oglądać targi kwiatowe, pokazy świateł, fajerwerki i wszystko, co się z księżycowym nowym rokiem wiąże.

Za chwilę zaczyna się Rok Koguta, który jako symbol ma jakoś wyjątkowo dobry PR i jest mocno eksploatowany, także w bardziej przytulnej wersji kurczaka. Jest to znak z gatunku dobrych (choć trudno powiedzieć, że któryś jest szczególnie zły, najmniejszą popularnością cieszy się chyba owca), w dodatku tym razem jest w fazie ognia, co ma być bardzo dobrym prognostykiem dla urodzonych pod jego opieką.

 CNY_kogut_Liwan

 CNY_kogut_Gongye

 CNY_kurczak

Jest ogromnie dużo podobieństw między znaczeniem, sposobem obchodzenia i zwyczajami Chińskiego Nowego Roku i chrześcijańskich Świąt Bożego Narodzenia, a zwłaszcza Wigilii. To nie sam nowy rok, ale jego wigilia jest najważniejszym świętem, podczas którego powinna zebrać się, choćby tylko ten jeden raz w roku, cała rodzina. Ludzie podróżują godzinami, przez cały kraj, aby wspólnie świętować. Niezawodni chińscy statystycy podają, że w okresie nowego roku odbędzie się blisko 3 mld podróży (ponad dwie na statystycznego Chińczyka). Z samego tylko Pekinu miało wyjechać prawie 15 mln, podobnie z Kantonu.

Wielu robotników migrujących nie stać na wyjazd, albo nie potrafią go zorganizować. Jednocześnie rośnie presja, aby mimo trudności pojechać do domu. Co ciekawe, tej potrzebie wychodzą naprzeciw pracodawcy, organizując, a czasem nawet opłacając podróż, np. wynajmując dla swoich pracowników pochodzących z jednego miasta czy regionu autobus albo pociąg. Pojawiają się także wolontariusze kupujący bilety w sieci dla nisko wykwalifikowanych i tak też wykształconych pracowników, którzy, jeśli nawet potrafią czytać, to nie mają dostępu do internetu. W ostatnich dniach pojawiła się wiadomość o człowieku, który, nie mając pieniędzy na bilet, wyruszył w podróż rowerem, ale ponieważ nie był w stanie czytać znaków, pytał o drogę. Wykierowano go tak, że zamiast na północ, pojechał na południe i dopiero napotkany po 500 km patrol policji mu to uświadomił. Ale policjanci nie pokazali mu kierunku, za to kupili bilet i wsadzili do pociągu jadącego już we właściwą stronę. Takie rzeczy tylko w Chinach...

CNY_ozdoby

Święto Wiosny to dla wielu najdłuższe wakacje w roku. Ustawowo jest to 7 dni, ale wiele osób wykorzystuje ten czas na urlop, choć spędzających go za granicą jest wciąż mało. Jest to też jedyny czas, kiedy naprawdę zamyka się wiele sklepów i restauracji i znowu, może to tylko moje wrażenie i ograniczone do Kantonu, ale z roku na rok wydaje się, że tych nieczynnych (choć tylko przez dzień czy dwa) jest więcej. Czytałam przedwczoraj rozmowy z szefami hoteli i restauracji, na pytanie, gdzie należy pójść na obiad w Chiński Nowy Rok jeden z nich odpowiedział: "Nigdzie. Wszystkie przyzwoite restauracje są wtedy zamknięte."

 CNY_napisy1

Przed wigilią mieszkanie musi być wysprzątane, długi zwrócone, na drzwiach lub w oknach powinien zawisnąć symbol szczęścia - znak fu, zaś wzdłuż drzwi i nad nimi - okolicznościowe napisy z życzeniami. Będą tak wisiały co najmniej przez dwa tygodnie, do przypadającego na 15 dzień pierwszego miesiąca księżycowego Święta Lampionów.

I koniecznie muszą być drzewka mandarynkowe (mają gwarantować powodzenie, bo znak oznaczający mandarynkę oraz ten opisujący osiągnięcie sukcesu wymawia się tak samo)  i kwiaty. To jedyny czas, kiedy kwiaty kupowane są masowo, działają targi kwiatowe, a na nich storczyki, chryzantemy i poinsecje. Ja też, jak każda szanująca się kantonka, wybrałam się w wigilię wieczorem na targ kwiatowy za rzeką, gdzie oprócz hiacyntów nabyłam bazie. Tak, bazie także tu symbolizują nadchodzące nowe. I na Wielkanoc będą jak znalazł.

Określenie "święto wiosny" ma sens zwłaszcza na południu Chin, gdzie przez cały rok jest zielono, ale wczesną wiosną, czyli już od lutego widać odradzanie się kwiatów, drzewa zmieniają liście (choć dzieje się to w tempie ekspresowym). A kwiatami w domu można się cieszyć jedynie w tej chłodniejszej porze roku (dziś były 24', to podobno najcieplejszy styczeń od 120 lat, tak jak ubiegłoroczny był najzimniejszy od 100) czyli od listopada o kwietnia. Potem, aby kwiaty przetrwały w domu, należałoby cały czas chłodzić klimatyzacją, aby osiągnąć temperaturę niższą niż 35'.

 CNY_storczyki

Tak jak u nas choinki, tak tutaj storczyki, drzewka mandarynkowe i gałęzie migdałowca można kupić na rogach ulic i pod centrami handlowymi. Podobnie ozdoby. Wszystkie albo prawie wszystkie są czerwone i czerwono-złote. Symbolika zawsze wiąże się ze szczęściem, powodzeniem, obfitością, pieniędzmi. Często sięga do legend, a wyrażające ją przedmioty czy potrawy wiążą się z wymową ich nazw, jak wspomniana wyżej mandarynka lub zapisem znaku. Znak fu często wieszany jest do góry nogami (na zdjęciu poniżej, pod skrzynką na ulotki a obok szmaty), bo wówczas czyta się go jak dao, zmierzanie do, co w sumie ma oznaczać trwałe dążenie do szczęścia.

CNY_fudao

CNY_targ_Liede

Oczywiście święta to także, a w zasadzie przede wszystkim, jedzenie. Oprócz tego, że je się powoli, smacznie i do syta, niektóre potrawy mają także znaczenie symboliczne. To mogą być pierożki (kształtem w założeniu przypominające dawne monety), kulki z mąki ryżowej w sezamowej zupie (bo okrągłe, czyli idealne i słodkie, i symbolizują spotkanie), poon choi, czyli misa obfitości. Jest też niangao, ciasto ryżowe, a w zasadzie pudding, który może być słodki lub wytrawny, a wysyłany jest często jako wyszukany prezent. Jest to jedna z tych tradycyjnych potraw, jak księżycowe ciasteczka na Święto Środka Jesieni i zongzi na Smocze Łodzie, które są obowiązkowe w repertuarze, a za którymi nikt nie przepada. Może zongzi (kleisty ryż z mięsnym nadzieniem zawinięty w liście) mają lepszą prasę i są jedzone nie tylko na święto. W naszej biurowej lodówce chyba nadal zalega niangao z boczkiem, krewetkami suszonymi i rzodkwią, bo jakoś nie znalazło amatorów nawet wśród naszych miejscowych współpracowników.

CNY_niangao

A skoro zbiera się rodzina, to muszą być dyskusje o przyszłości dzieci, tych na wydaniu i już pracujących, skoro przyjechały paręset czy tysięcy kilometrów, aby poczuć magię świąt. Furorę zrobiła w tym roku w sieci piosenka oddająca klimat takich rozmów, pod tytułem "Robię to dla Twojego dobra", zawierająca typowy zestaw pytań: "Czy dostałeś awans?", "Kiedy się ożenisz?", "Czy nie czas na dzieci?" itd. Według jednego z sondaży połowa młodych jadących na święta do domu obawia się krytyki ze strony rodziny z powodu niewystarczająco kwitnącej kariery czy nieudanego (w mniemaniu rodziców) życia osobistego.

Coraz popularniejsze jest wynajmowanie na wigilijną kolację fikcyjnego partnera czy partnerki, przy czym poszukujących udawanej narzeczonej było, na jednym z portali, dziesięciokrotnie więcej niż kobiet. Stawka za wyjazd na święta jest kilkukrotnie wyższa niż przez resztę roku, przy czym oferujący swoje usługi zazwyczaj również są samotni i nie spełnili oczekiwań rodziców, więc wygląda na to, że korzyść jest w tym wypadku podwójna, bo mają dobrą wymówkę, aby nie przyjeżdżać. Presja rodziny, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, jest niewyobrażalna. Pisałam chyba kiedyś o targach matrymonialnych w parkach, których organizatorami są rodzice.

Chiński Nowy Rok to także czerwone koperty, w których daje się pieniądze. Tradycyjnie powinny je dostawać dzieci od starszych, po wyrażeniu swojego szacunku. Ponieważ tak jak wszystko, czerwone koperty uległy cyfryzacji, a co za tym idzie, upowszechnieniu, zasada ta nie jest już bezwzględnie przestrzegana, choć elektronicznie wysyłane są raczej małe, symboliczne sumy (kilka yuanów).

No i wreszcie telewizja i noworoczna gala. W tym roku po raz pierwszy miałam okazję ją oglądać, bo nasz poprzedni, wietnamski dostawca telewizji satelitarnej chińskich kanałów nie miał w ofercie. Był to zresztą główny powód, dla którego zmieniliśmy go na nowego, tym razem birmańskiego. Ten ofertę ma dużo lepszą, no i jest państwowa CCTV (od niedawna nadająca na zagranicę jako CTGN). Gala noworoczna jest odpowiednio grandiozna i poprzedzona długim programem pokazującym jak w poszczególnych częściach Chin mieszkańcy przygotowują się do powitania nowego roku. Potem jest dużo piosenek, czerwieni, złota, gwiazdy w roli prowadzących i mniejszości etniczne w tradycyjnych strojach. Przez kilka tygodni poprzedzających święta można było zobaczyć krótkie filmy, w zasadzie reklamy społeczne, o tym, jak ludzie jadą do domów i jak później świętują. Było to świetnie zrobione i bardzo wzruszające. Zresztą trzeba przyznać, że takie rzeczy naprawdę w chińskiej telewizji potrafią robić.

CNY_targ_przy_rzece

A teraz Nowy Rok już nastał, pierożki zjedzone, a fajerwerki wystrzelone. Niech Wam Kogut sprzyja!

Gong xi fa cai, Ji nian da ji, Xin nian kuai le!

 

 

Rok w książkach

jeanpaget

Podsumowanie lektur z minionego roku robię nie po to, aby upajać się, że nie jestem statystycznym Polakiem, co to czyta 3 czy 4 książki rocznie, a ile to, bodaj 60%, nie tyka żadnej. Chcę się podzielić swoimi wrażeniami o książkach moim zdaniem ważnych, ze szczególnym uwzględnieniem dotyczących spraw azjatyckich. Dla pamiętających ubiegłoroczny wpis na ten sam temat powinnam zacząć od informacji, że nie przeczytałam Harry'ego Pottera, ale nadal nie wykluczam, że kiedyś to zrobię.

Zastrzegając, że przecież nie o ilość chodzi, na początek statystyka: 72 pozycje, w papierze 19, na kindlu 53, po polsku 56, po angielsku 16, fiction i non-fiction (w tym wywiady, eseje) 38:34 czyli remis ze wskazaniem, o Azji prawie 30 (waham się między 27 a 30, bo nie wiem, jak zakwalifikować np. Murakamiego Mężczyzn bez kobiet - dzieje się w Azji, ale czy nie mogłoby dziać się gdziekolwiek indziej?).

Kiedy czytałam spis doszłam do wniosku, że jeśli uczciwie wybiorę 10 najlepszych, to pokaże to sporą przewagę non-fiction. Nie dlatego, że czytam złą beletrystykę, ale często czytam ją dla przyjemności, a nie dla odnajdywania wielkiej literatury, zresztą o tym, co wielkie, a co nie, potem.

Tematyka azjatycka dominuje, bo po pierwsze mnie to interesuje, po drugie tu mieszkam, po trzecie przed podróżami w różne miejsca zawsze staram się o nich czytać. Staram się też być na bieżąco z nowościami, ale to jest trudne zadanie. Mam też przekonanie, że powinnam sięgać do klasyki (może wtedy znalazłabym więcej wielkich powieści), ale przecież tak dużo i tak ciekawych nowych rzeczy wychodzi, że...

Chronologicznie zatem, a nie rankingowo, moje top 10:

Zając o bursztynowych oczach Edmunda de Waal - znakomita saga rodzinna przez dziesięciolecia i kontynenty tropem japońskich figurek netsuke. Są tu wojny, romanse, wielcy malarze, bestialstwo (przy scenie palenia książek na dziedzińcu wiedeńskiego pałacu się popłakałam). Jest Mitteleuropa, powojenne Tokio, rodzina rozsiana po wielu miejscach, z których każde jest istotne dla opowieści. Kto nie czytał, niech nadrobi, zwłaszcza, że kolejny de Vaal w drodze, tym razem o porcelanie.

Indonesia etc. Exploring the Improbable Nation Elisabeth Pisani - jak sama nazwa wskazuje, o Indonezji. Autorka zna kraj, język i ludzi, nie szuka taniej sensacji, przejeżdża cały kraj (a dlaczego, to przeczytajcie) po wcześniejszych wielu i długich w nim pobytach, rozmawia ze współpasażerami na zardzewiałych promach i agitatorami w sztabach wyborczych, pokazuje kraj rozciągnięty na ponad 5000 km, w którym mieszkańcy skrajów mówią innymi językami, jedzą co innego i modlą się do innego boga. Jakim cudem ten kraj się trzyma i jeszcze rozwija, i dlaczego jest ważny dla przyszłości świata - o tym Pisani też pisze, bo oprócz rybaków na Molukach jej rozmówcami są również generałowie w Dżakarcie. W trakcie mojego czytania wyszedł polski przekład Adama Pluszki, którego warsztat mogę z czystym sumieniem polecić.

Dostatek Michaela Crummeya - jedna z dwóch reprezentantek beletrystyki w tym zestawieniu, a miała być jedyna. Crummey pisze o Nowej Fundlandii, pisze na pograniczu realizmu i legendy, i gdybym miała polegać na opisie z recenzji, pewnie nigdy bym po niego nie sięgnęła, gdyż realizm magiczny (cokolwiek to oznacza) mnie mierzi. Na szczęście jednak sięgnęłam i to był zachwyt. Zachwyt czystą, piękną literaturą i umiejętnością operowania językiem. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że czytałam Dostatek w tłumaczeniu, ale jakim tłumaczeniu! Wystarczy powiedzieć, że sam Crummey uważa, iż polskie tłumaczenie Michała Alenowicza jest prawdopodobnie lepsze od oryginału. Słyszałam to na własne uszy, na spotkaniu autorskim w Pekinie, gdzie dyskusja była o wierności tłumaczenia. No to zapytałam o polskie i usłyszałam, co autor uważa. Uważa też, że z żadnym wydawnictwem na świecie nie współpracowało mu się tak dobrze jak z Wiatrem od morza właśnie (http://wiatrodmorza.com/o-nas/). A ponieważ to nie recenzja, to nie będę próbowała pisać, o czym pisze Crummey.

Skoro o tłumaczeniach mowa, to naginając nieco chronologię: Przejęzyczenie - wywiady Zofii Zaleskiej z tłumaczami. O tym co, jak i dlaczego tłumaczą, o warsztacie, o tym, czy trzeba biegle mówić w języku, aby z niego tłumaczyć (nie). O niedostrzeganiu gigantycznej pracy wkładanej przez tłumacza, aby dzieło, które on uzna za ważne, przybliżyć innym. O upadku etosu. A wszystko to wyrażone piękną polszczyzną, jak na czołówkę polskich tłumaczy przystało. Zabrakło mi jedynie przedstawicieli młodszego pokolenia, jak choćby wyżej wspomnianego Michała Alenowicza i może podrapania jeszcze głębiej kwestii obalania posągów czyli tłumaczenia po raz kolejny, gdy przekład jest, przepraszam za wyrażenie, kultowy. Wiem po sobie, jak trudno to przeskoczyć - nie byłam w stanie, fizycznie, przejść przez pierwsze dwie strony Mistrza i Małgorzaty w przekładzie Andrzeja Drawicza. Mimo uwielbienia, jakim darzę jego inne przekłady. Obiecuję, że kiedyś znów spróbuję i ciekawa jestem nowego tłumaczenia Przebindów.

Corporation that Changed the World Nicka Robinsa - czyli rzecz o powstaniu, działaniu i upadku Kompanii Wschodnioindyjskiej. Książek o Kompanii powstało wiele, dzieło Robinsa jest stosunkowo nowe, zaś autor był m.in. ekspertem dla BBC przy ich mini-serii dokumentalnej na ten sam temat. Wykonał dużą pracę badawczą, której rezultaty przedstawia w przystępny sposób, ale zakładam, że coś o historii regionu warto wiedzieć, zanim się po Corporation... sięgnie. Dla mnie najciekawsze było, że sposób działania korporacji niewiele się zmienił przez czterysta lat, a niektóre współczesne Kompanii dyskusje z powodzeniem mogłyby odbywać się na posiedzeniach zarządu Lehmann Brothers (tak to sobie wyobrażam). Czytałabym to w tandemie z Running the show Stephanie Williams (które jednak przeczytałam dwa lata wcześniej) o ludziach, którzy tworzyli Imperium Brytyjskie, czyli gubernatorach, namiestnikach i wicekrólach w Azji i Afryce.

China Hands. Nine decades of Adventure, Espionage and Diplomacy in Asia Jamesa K. Lilley'a - ścisła czołówka moich tegorocznych lektur. W takich przypadkach mawia się "jego życie nadaje się na film". A Lilley napisał książkę, o swoich latach w CIA i w dyplomacji, o pracy w Laosie, Hongkongu, Korei Płd i wreszcie Chinach, umiejętnie wybierając te etapy kariery, które tworzyły spójną historię, a nie oddając się gawędziarstwu. Podobnie jak przy poprzedniej pozycji zastrzegę, że aby w pełni się cieszyć lekturą, warto co nieco wiedzieć o regionie, bo autor zakłada pewien poziom wiedzy historycznej, ale i bez tego będzie to fascynująca podróż. Rewolucja kulturalna w Chinach widziana z Hongkongu, zmiana statusu Tajwanu, praca z Georgem Bushem seniorem, wreszcie masakra na Tian'anmen, a wszystko z pozycji uczestnika lub bardzo, bardzo bliskiego obserwatora. Jako postscriptum - miesiąc temu spotkałam na konferencji amerykańskiego prawnika koło 60-tki, który powiedział mi, że swoją karierę w Chinach zaczynał od pracy w ambasadzie na przełomie lat 80 i 90-tych. To musiał Pan pracować z Jamesem Lilleyem, zapytałam od razu. Tak, odpowiedział bardzo zdziwiony, a skąd Pani to wie? Kiedy powiedziałam mu skąd, nadal był zdziwiony, ale dodał, że w trakcie wydarzeń na Tian'anmen Lilley wysłał go na ulicę, czy pod szpital, żeby liczył ciała. To był Pan! zawołałam, bo pamiętam dobrze ten fragment wspomnień i młodego dyplomatę. Tak mi się lektura historyczna spięła z dniem dzisiejszym.

Kolejna chińska pozycja w zestawieniu to The Emperor Far Away Davida Eimera. Eimer, który od lat pisze o Chinach i zna tutejsze realia jak mało kto, wybrał regiony przygraniczne, pokazując jak bardzo zróżnicowanym krajem jest Państwo Środka, jak jego granice bywają płynne (dosłownie i w przenośni), jak graniczące z nim kraje ulegają jego wpływom, ale i ile na tym korzystają. Nie boi się Eimer pokazywać skutków przymusowej sinizacji, ale robi to obiektywnie i ze znawstwem. Pisze o Xinjiangu, czyli regionie zachodnim, etnicznie ujgurskim (choć to uproszczenie), religijnie islamskim; o Yunnanie i pograniczu z Birmą (to chyba najciekawsza część książki); o Tybecie, o pograniczu koreańskim i koreańskiej mniejszości w Chinach oraz rosyjskim, w kontekście ekonomicznej, ale i ludzkiej ekspansji Chin na rosyjski daleki wschód (w sensie geograficznym). Miałam ostatnio ciekawą dyskusję o tym, dlaczego Daleki Wschód (Far East) to określenie postkolonialne, ale to kiedy indziej może. Jest polskie tłumaczenie Eimera Z dala od cesarza, ale nie czytałam i nie mogę w związku z tym polecić czy odradzić.

Skoro o Chinach, to i o języku. Mała książeczka A Billion Voices: China's search for a Common Language Davida Mosera została w ubiegłym roku wydana przez Penguina i jest niezwykle przystępną opowieścią o kształtowaniu się współczesnego języka mandaryńskiego czy raczej putonghua, standardowego chińskiego. Komu "zawdzięczamy" uproszczenie znaków, ile ich naprawdę jest, czy dwóch Chińczyków z przeciwległych krańców kraju może się dogadać, jak różnią się dialekty itd. Warto.

Breaking cover Stelli Rimington to druga z pozycji beletrystycznych. Jestem zagorzałą fanką byłej szefowej MI5 jako autorki powieści szpiegowskich, a Breaking cover jest z nich najnowszą, choć nie najlepszą (ale poprzednie czytałam w innych latach:). Jest natomiast boleśnie aktualna, dotykając nowej zimnej wojny, granicy między prywatnością a bezpieczeństwem, słabości do gadżetów i (słabości do) propagandy. Tym razem dzieje się głównie w Londynie i wokół samego kontrwywiadu, pokazując wyzwania, przed jakimi stają współcześnie służby, chcąc z jednej strony jak najlepiej chronić obywateli i zapobiegać terroryzmowi, z drugiej zaś skutecznie komunikować co i dlaczego robią, nie narażając na szwank swoich danych i operacji. Bardzo się wpisuje w bieżącą sytuację na świecie, ISIS, Trumpa, rosyjskich hakerów i Wikileaksy.

Na ostatek książka, którą, gdyby nie wyszła, sama chciałabym napisać. I jeśli ktokolwiek będzie mnie pytał o tematy chińskie, będę z czystym sumieniem do niej odsyłać. Nawet miałam myśl taką, że po jej ukazaniu się mogłabym już zawiesić bloga. Bo w Chinach bez makijażu Marcin Jacoby pisze o tym, o czym ja staram się często tu opowiadać. Pisze, znając Chiny od ponad 20 lat, będąc wybitnym sinologiem i pracując z Chińczykami na co dzień. Znając go i wiedząc, co robi, zastanawiam się tylko, kiedy udało mu się tę książkę napisać. Jest tam o historii, o języku, o kulturze biznesowej, o etykiecie, o hazardzie, o tym, dlaczego i jak określenia na Chińczyków z kontynentu, z Tajwanu czy z diaspory w SF się różnią. O ile niewiele rzeczy opisanych było dla mnie nowością (może poza pasją autora do sztuk walki), o tyle znakomicie mi się one uporządkowały, co zawdzięczam m.in. dobrej konstrukcji książki. Proszę się więc nie zdziwić, kiedy na pytania o hazard, przesądy czy tony będę tylko mówić: Chiny bez makijażu.

Czytając podobne zestawienia w mediach widzę, że jest głód dobrej powieści. Ciekawe, że nie jest to problem tylko polski, amerykański czy francuski. Powstaje (chyba) coraz więcej dobrych reportaży i książek historycznych, które z powodzeniem odpowiadają na potrzebę "ciekawych historii". Bo mówić, że rzeczywistość przerasta fikcję to już przecież truizm. Ale zdarza się, że pojawia się książka natychmiast obwoływana "nową wielką powieścią", tak było choćby z Korektami Franzena czy ostatnio ze Ścieżkami północy (The Narrow Road to the Deep North" Richarda Flanagana, zdobywcą Man Bookera w 2014. Ponieważ ta ostatnia znalazła się wśród moich ubiegłorocznych lektur, to na niej się skupię. Bo na mój gust nie jest ona jednak tą wyczekiwaną, wielką powieścią. Jest dobrze napisana, opowiada ciekawą w gruncie rzeczy historię, no ale jednak czegoś jej brakuje. W Polsce pisano, że odkrywa nieznane karty drugiej wojny światowej, ale odkrywa je chyba tylko w Polsce, czy w naszej części świata, bo dla Brytyjczyków, Australijczyków a nawet Amerykanów wojna na Pacyfiku, budowa kolei birmańskiej i okrucieństwa Japończyków niczym nieznanym nie są. Jest tam, obok historii, wątek romansowy (słaby) i jest dużo o człowieczeństwie, ale to jakby sam temat przeżycia w obozie jenieckim, w nieludzkich warunkach, narzuca. Może zresztą się czepiam. W każdym razie u mnie Flanagan do 10 nie wszedł.

Jeśli kogoś (znającego moje preferencje) dziwi brak w 10 Andrzeja Stasiuka to spieszę zapewnić, że o nim nie zapomniałam. Przeczytałam Życie to jednak strata jest i oczywiście mi się podobało. Osiołek czeka. Pochyliłam się też nad le Carrem (Z przejmującego zimna i The Honourable Schoolboy), z których zwłaszcza ta druga należy niewątpliwie do kanonu uczciwej powieści szpiegowskiej, w dodatku akcja dzieje się w Azji i jeszcze temat znów staje się aktualny. Zamknęłam też trylogię Hosseiniego, czytając w końcu Chłopca z latawcem, pozostając jednak przy przekonaniu, że Tysiąc wspaniałych słońc jest jej najsilniejszą częścią.

Największym zawodem była chyba Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną Doroty Masłowskiej, po którą sięgnęłam z potrzeby nadrobienia zaległości w "młodej, polskiej klasyce". Dawno nic mnie tak nie wynudziło. Na antypodium umieściłabym też Światy równoległe Edmunda Wnuka-Lipińskiego. Nie rozumiem, po co ta książka została napisana, ni huhu. Zmieściłby się tu też pewnie Arne Dahl ze swoim Głuchym telefonem. Lubię skandynawskie kryminały, a tu jest jeszcze niegdyś mi bliski wątek europejskiej współpracy policyjnej - może właśnie dlatego źle mi się to czytało. Albo tłumaczenie jest kiepskie, no ale nie sprawdzę tego.

Chciałam napisać o Cyklonie Andrzeja Muszyńskiego o Birmie. Miałaby ta książka duże szanse wejść do 10, bo jest bardzo dobrze napisana, ale niestety znam stawiane jej przez specjalistów zarzuty merytoryczne, a mianowicie o bardzo niedbałą redakcję w zakresie faktów i danych, a w zasadzie o jej brak i nierzetelność. Jeśli więc nie chcemy się uczyć z niej historii Birmy, to jako wciągającą lekturę mogę polecić, ale jako źródło wiedzy nie.

Wiem za to niemal na pewno, że wśród tegorocznych najciekawszych lektur znajdzie się moja aktualna - ale co to jest i czy rzeczywiście się znajdzie, zobaczymy za czas jakiś.

Nieodmiennie życzę nowego roku pełnego pięknych, mądrych książek, wartych wybrania spośród tego zalewu, który próbuje chyba zadać kłam wieściom o upadku czytelnictwa.

 

Druga płeć z chińską specyfiką

jeanpaget

Kilka lat temu duży rozgłos zdobyła książka Xue Xinran "Dobre kobiety z Chin", będąca opisem losów kobiet, które autorka spotkała przy okazji robienia audycji radiowej typu interwencyjnego. W Polsce po raz pierwszy wydało ją W.A.B. w 2008 roku. Podtytuł książki to "głosy z ukrycia", nic więc dziwnego, że autorka w pewnym momencie znalazła się na emigracji. Akurat "Dobre kobiety" nie były bezpośrednią przyczyną wyjazdu, ale na pewno jej nie pomogły. Podobne reportaże mogłyby pewnie powstać pod każdą szerokością geograficzną, tu jednak dochodziły jeszcze realia totalitarnego państwa w perwersyjnym połączeniu z właściwym komunizmowi rozumieniem równouprawnienia.

Bo teoretycznie równouprawnienie jest pełne, włącznie z wykonywaniem przez kobiety ciężkich prac fizycznych. Kobiety są w parlamencie i w radach miejskich (tu podejrzewam istnienie kwot, ale nie mam pewności), zasiadają w lokalnych rządach, kierują firmami. Mają swoje organizacje, jak Wszech-chińska Federacja Kobiet, która nawet wydaje angielskojęzyczny miesięcznik Women of China. Aż dziwne, że nie ma on różowej szaty graficznej, tak bardzo prezentowana tam rzeczywistość jest idealna i cukierkowa, kobiety piękne, albo co najmniej wyjątkowe, wszyscy się wspierają, jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej, peace and love.

women_of_china

Zarówno Federacja, jak i inne oficjalne organizacje, robią oczywiście dużo pożytecznej roboty, zwłaszcza na prowincji, w zakresie szkoleń, badań profilaktycznych, opieki nad starszymi etc., jednak taktycznie nie zajmują się tematami trudnymi, jak choćby przemoc domowa, które pozostawione są organizacjom pozarządowym. Przy czym te prawdziwie niezależne nią są szczególnie mile widziane, a od stycznia wchodzi nowe prawo o NGO-sach, które dodatkowo utrudni im funkcjonowanie, zwłaszcza jeśli dostają wsparcie z zagranicy. Ale to już zupełnie inna historia.

W ostatnich dniach media (acz raczej nie te rządowe) informowały o liście otwartym czołowych chińskich feministek do Donalda Trumpa, w którym ostrzegły, że jego działania będą bacznie obserwowane i że domagają się porzucenia przezeń dotychczasowej mizoginicznej retoryki określanej po chińsku jako zhi nan ai czyli rak toczący heteroseksualnego mężczyznę (po angielsku to jednak brzmi lepiej - straight man cancer). Te aktywistki były wcześniej zatrzymywane za swoją działalność, co pokazuje, że nie każda akcja, choćby deklaratywnie współbieżna z linią oficjalną, będzie pochwalona. Szerzej na ten temat np. tu:

https://www.theguardian.com/world/2016/dec/14/dont-spread-straight-man-cancer-china-feminist-warns-trump

W ubiegłym roku zostałam zaproszona do udziału w panelu na temat roli kobiet w życiu publicznym, który był organizowany przez miejscową grupę "Lean In". Na dwa dni przed wyznaczoną datą dostałam informację, że impreza jest odwołana (oczywiście bez podania przyczyn) i więcej o nich nie słyszałam.

W związku z pracą miewam sporo spotkań z przedstawicielami władz miejscowych, najczęściej burmistrzami miast i sekretarzami miejskich komitetów partyjnych oraz dyrektorami wydziałów i szefami państwowych firm czy zrzeszeń. Sporo z moich rozmówców to kobiety, najczęściej pełniące funkcje zastępców, ale to akurat nie jest typowo chińska specyfika. Przy okazji takich spotkań mówią często, że "my, kobiety, musimy się wspierać", pytają o sytuację w Polsce - jak jest z udziałem kobiet we władzy, ile mamy ministrów, parlamentarzystów, szefowych placówek - i najczęściej okazuje się, że więcej jest podobieństw niż różnic. Pamiętam spotkanie z panią sekretarz komitetu miejskiego KPCh w stolicy jednej z prowincji, która na mój widok zakrzyknęła "Siostro! Jak się cieszę, że Cię widzę, już wiem, że będzie nam się świetnie współpracować". Kobiety na stanowiskach często bez ogródek mówią o tym, z jakimi wyzwaniami przychodzi im się mierzyć, ale diagnozują jednocześnie problem braku pewności siebie, a często i wiedzy kobiet w zderzeniu z dość patriarchalnym i konserwatywnym modelem społecznym.

Ponieważ w Chinach system ubezpieczeń społecznych jest w powijakach, ciężar opieki nad seniorami spada na rodzinę. To jest zresztą zgodne z konfucjańskim systemem wartości i zasadą synowskiego posłuszeństwa, która oczywiście obejmuje także córki, a właściwie głównie córki. Niechęć Chińczyków do posiadania córek wynika(ła) między innymi z tego, że po wyjściu za mąż córka miała się opiekować rodzicami męża, a nie swoimi. Zatem jeśli nie dorobili się syna, groziło im ubóstwo i zapomnienie. A w zasadzie nadal grozi, choć już z nieco innych powodów, gdy dzieci, niezależnie od płci, wyjeżdżają za pracą i także pozostawiają rodziców samym sobie.

szwaczka

Chińskie seniorki są bardzo aktywne i w miastach prowadzą intensywne życie towarzyskie, koncentrujące się w opisywanych przeze mnie kilkukrotnie parkach. Grają tam w karty, w mahjonga, w zośkę, ćwiczą taichi, śpiewają rewolucyjne pieśni, czasami też wyprowadzają na spacer wnuki. Same sobie te zajęcia organizują, czasem wyłącznie w damskim gronie, czasem koedukacyjnie. Ale w karty zawsze grają same. Mężczyźni przy stolikach obok i zazwyczaj na pieniądze. Choć paniom też to się zdarza. Hazard to drugie imię każdego Chińczyka, ale to znowu temat na inną opowieść.

 brydzystki

Panie nieco młodsze, powiedzmy 50+ letnie, zazwyczaj jeszcze pracują albo właśnie przechodzą na emeryturę. Nazywane pierwszym pokoleniem samotnych matek, są w porównaniu ze swoimi matkami lepiej wykształcone i przede wszystkim lepiej sytuowane. Uważane są dość powszechnie za grupę roszczeniową i zdeterminowaną w osiąganiu celu, którym jest w miarę wygodne życie. Z uwagi na zmiany społeczne, niewielką liczbę dzieci w pokoleniu ich wnuków, rozwój technologii i komunikacji, rzeczywiście zajmują się one przede wszystkim sobą. Bardzo głośno (nomen omen) dyskutowanym przejawem ich postawy jest skupianie się w grupach tanecznych, które wieczorem pojawiają się na placach, w parkach, na rogach ulic, wszędzie tam, gdzie jest dość miejsca na kilka do kilkudziesięciu pań i sprzęt grający. Oczywiście niezawodni w takich sytuacjach amerykańscy naukowcy przeprowadzili już badania co do przyczyn takiej właśnie aktywności pań w tej konkretnej grupie wiekowej. Wyszło im, że to nie tylko prosta rozrywka, ale przede wszystkim poszukiwanie wspólnoty i chęć prowadzenia życia towarzyskiego, jak też dbania o formę. Nie trzeba być amerykańskim naukowcem, żeby dojść do takich wniosków.

Millennialsi uważają te tańce za dopust boży i najchętniej przepędziliby ich uczestniczki. Ja osobiście jestem ich wielką fanką i uważam to za jedno z ciekawszych zjawisk socjologicznych w Chinach, choć istotnie spacerowi wzdłuż Rzeki Perłowej wieczorową porą towarzyszy kakofonia dźwięków, bo grupy ustawiają się często w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie, każda puszcza inną muzykę, a każda na pełny regulator. Wykonujące energiczne ruchy panie są postrachem biegaczy i rowerzystów, bo nigdy nie wiadomo, w którą stronę za chwilę wywiną piruet i znajdą się na zupełnie innej części ciągu spacerowego.

taniec_brzuchaKiedy przyjechałam do Chin mówiono o planach opracowania zestawu dopuszczonych i akceptowanych przez władze układów choreograficznych, bo jak każde spontaniczne zgromadzenie, także i tańczące panie budziły obawy co do potencjalnych zamiarów destabilizacji ładu społecznego. Wydaje mi się jednak, że ten pomysł zarzucono, a jeśli jednak go zrealizowano, to wdrożenie poległo na całej linii. Nie mam wątpliwości, że panie tańczą do tego, co same sobie wymyślą. Media społecznościowe przyszły im w sukurs, bo tworzą się tam grupy i całe serwisy muzyczno-taneczne, oferujące gotowe zestawy i jeszcze instruktaż. Grupy taneczne są też autentycznymi grupami wsparcia, nie dalej jak wczoraj oglądałam reportaż o bezrobotnej kobiecie, opiekującej się niedołężnym mężem i jego jeszcze bardziej niedołężnymi rodzicami, którą koleżanki od tańca namówiły na poszukiwanie dorywczej pracy, a która okazała się dla niej źródłem nie tylko pieniędzy, ale przede wszystkim ogromnej satysfakcji i skłoniła ją do skończenia kursów zawodowych pozwalających na dalszy rozwój.

 odpoczynek1

Nazwa "pierwsze pokolenie samotnych matek" ma oczywiście związek z polityką jednego dziecka, która obowiązywała przez ostatnie 36 lat. Wprowadzona w 1979, miała służyć uregulowaniu zbyt szybkiego przyrostu naturalnego, będącego skutkiem wcześniejszego zachęcania obywateli do posiadania jak największej liczby dzieci. Krytykowana za nieludzkie podejście do instytucji rodziny i seksualności, polityka jednego dziecka tak naprawdę nigdy nie była jednolita ani w pełni egzekwowana. W zasadzie od początku istniało od niej wiele wyjątków, jak choćby nieobjęcie nią mniejszości etnicznych. Szybko postanowiono także, że pary, których pierwsze dziecko okazało się dziewczynką, mają prawo do starania się o drugie dziecko, tak samo, kiedy oboje rodzice byli jedynakami. Robiono ustępstwa na poziomie miast i prowincji, dopuszczano możliwość posiadania drugiego dziecka przez przedstawicieli niektórych zawodów oraz w zasadzie nie egzekwowano ograniczeń na terenach wiejskich. W tych przypadkach, gdy żaden z wyjątków nie miał zastosowania, zdarzały się sytuacje dramatyczne, w których przymuszanie do aborcji w końcowym okresie ciąży nie należało do rzadkości.

Ponieważ często decyzje partii są następstwem faktycznych zmian, decyzję o zaprzestaniu tej doktryny i przejściu do polityki drugiego dziecka podjęto pod koniec 2015 roku. Oznacza to, że kończący się 2016 jest pierwszym rokiem rozluźnionego reżimu i w zasadzie powinno być już widać efekty. Tymczasem młodzież chińska, zwłaszcza studiująca, pracująca i mieszkająca w wielkich miastach, ani myśli o posiadaniu dziecka, jakiegokolwiek, nie wspominając o drugim.

para

W efekcie chińska piramida wiekowa wygląda źle, a prognozy jeszcze gorzej. W pokoleniu dzisiejszych 30-latków zaczyna funkcjonować model 4-2-1, czyli na jednego pracującego w wieku produkcyjnym przypada dwoje rodziców i czworo dziadków. Zaburzone są także proporcje płci, w zależności od rocznika i prowincji sięgające nawet 120 chłopców na 100 dziewcząt. Szacowano, że w efekcie polityki jednego dziecka nie urodziło się około 30 mln dziewczynek, przy czym obecnie szacunki te są korygowane jako zawyżone. Porównując ratio płci na różnych etapach (czyli np. 1- i 10-latków) odkryto, że wiele urodzeń było zgłaszanych z opóźnieniem.

Pokolenie obecnych 20-latek jest od maleńkości zaprawione w bojach "o swoje" i jest to, z punktu widzenia obserwatora, najbardziej hałaśliwa, przebojowa i egoistyczna grupa społeczna. Wychowane jako księżniczki, o emocjonalności 13-14-latek, absolwentki szkół średnich i młode studentki są głównymi konsumentkami kultury masowej (spod znaku K-popu i Hello Kitty), użytkownikami mediów społecznościowych i zakupoholiczkami. Kiedy na nie patrzę w metrze czy centrum handlowym jestem skłonna uwierzyć, że pogłoski o zaginionym pokoleniu dziewczynek są mocno przesadzone. Nawet jeśli jest ich mniej, to kompensują hiperaktywnością. O ile nie muszą wchodzić po schodach - wtedy ciągną się jak kondukt wgapiając się w swoje smartfony, uwieszone na koleżankach, albo chłopakach, którzy (to przejaw romantyzmu najwyższej próby) noszą za nimi podrabiane torebki Michaela Korsa.

lolitki

Im starsze, tym się robią bardziej samoświadome i mądrzejsze. Koło 30-tki osiągają zazwyczaj w miarę przyzwoity status i wiedzą, czego chcą. Mam wśród znajomych Chinek sporo 30- i 40-latek, które mają za sobą zagraniczne studia, są ogarnięte, czasami mają też dzieci (raczej jedno i raczej nie myślą o drugim), podróżują po świecie i w gruncie rzeczy w poglądach na świat niewiele się różnią od nas. Ostatnio czytałam, że z badań, wywiadów i statystyk wynika, iż zaszła duża pozytywna zmiana w radzeniu sobie przez Chinki z molestowaniem w pracy. Wcześniej rzecz nagminna i przemilczana, dziś, także dzięki technice, ale przede wszystkim wzrostowi poczucia własnej wartości, jeśli nie wprost rzadsza, to częściej ujawniana i napiętnowana.

A "Dobre kobiety z Chin" warto przeczytać. I mieć nadzieję, że ich historie nie mogłyby się dzisiaj zdarzyć.

© Pewnego razu w Chinach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci